13 maja 2018

Jak sterować obrazem, czyli interaktywny komiks animowany

Komiksy już dawno temu przestały być utożsamiane z wyłącznie rozrywkową lekturą dla młodszych czytelników. Teraz wygląda na to, że idą dalej. Zrywają z płaszczyzną kartki papieru i wchodzą w świat elektroniczny. Co więcej, korzystają z dodatkowych dobrodziejstw narzędzi cyfrowych, przez co powoli zbliżają się do form filmowych, czy tych znanych z gier komputerowych.

W październiku 2017 roku w sieci ukazał się wyjątkowy komiks autorstwa André Bergsa, zatytułowany Protanopia. Wyjątkowy, bo dostępny w darmowej wersji elektronicznej jako aplikacja oraz w eksperymentalnej formie: animowany, interaktywny, wykonany między innymi w technice 3D. Przeznaczony głównie na iPady i iPhone’y, jednakże autor przygotował też wersję dla urządzeń korzystających z systemów Android.

Tekstowo-obrazową narrację komiksu Bergs umieścił w cyfrowym świecie, czerpiąc z możliwości, jakie daje mu nowa technologia. Wykorzystując silnik Unity, połączył ze sobą elementy animacji 2D i 3D, a wbudowany w urządzenia elektroniczne żyroskop pozwolił mu na wprowadzenie opcji kontroli kąta widzenia, dzięki czemu wzmacniamy poczucie ruchu na ekranie oraz uczestniczenia w opowiadanej historii. Poprzez poruszanie naszym tabletem czy smartfonem możemy zdecydować, z której strony patrzeć na bohaterów komiksu.

Cały proce tworzenia trwał, jak przyznaje autor, około pół roku, choć myśl, by sprawdzić, w jaki sposób komiks w wersji w elektronicznej mógłby funkcjonować w dzisiejszych czasach, towarzyszyła mu od lat. Ostatecznie odbiorca Protanopii ma do dyspozycji siedem stron, tradycyjnie podzielonych na kadry, które dodatkowo możemy wyświetlić osobno. Opowieść nie jest długa, nie ma też skomplikowanej fabuły. Całość rozgrywa się podczas II Wojny Światowej, dokładnie 6 czerwca 1944 roku. Razem z grupą żołnierzy bierzemy udział w lądowaniu na wybrzeżu Normandii. Nie jest to jednak – jak można sądzić po temacie – do końca poważna sprawa. Pointa Protanopii zaskakująco pokazuje, że to raczej surrealistyczny i komiczny komiks, nastawiony bardziej na pokazanie cyfrowych możliwości, niż tworzenie wielopoziomowych narracji. Co wcale nie oznacza, że brakuje tu rozrywki. Wręcz przeciwnie, Protanopia zapewnia dobrą zabawę i humor, tylko że na krótko.



Co więcej, animowana i interaktywna warstwa komiksu jest ograniczona i nie daje takich możliwości, jakich moglibyśmy się spodziewać. Interakcyjność polega na wybieraniu kadrów, na przechodzeniu od sceny do sceny, na kontrolowaniu kąta widzenia poszczególnych ujęć. Właściwie trudno oczekiwać czegoś więcej, jednak sam Bergs przyznaje, że to eksperyment i pierwsza próba “ożywienia” komiksu, którą na pewno będzie rozwiał. Odnotować więc trzeba, że Protanopia proponuje nowatorskie podejście zarówno do medium elektronicznego, jak i formy komiksu. Z całą pewnością wprowadza nowe doświadczenie w pole historii obrazkowych i pokazuje, jak komiksy mogą wyglądać w przyszłości, zbliżając się tym samym swoją estetykę czy mechanikę do filmu lub gry. Podobnie rzecz ma się z inną, tym razem nowością w Polsce*, a mianowicie z paragrafowym komiksem Rycerze. Dziennik bohatera, który autorzy nazywają grą i na okładce wskazują wprost, że “bohaterem jesteś ty”, a więc odbiorca czynnie uczestniczący w świecie przedstawiony**. Komiks rozwija możliwości nielinearnej lektury i pozwala czytelnikom-graczom na podejmowanie decyzji, budowanie swojej postaci oraz podążanie wybraną, zindywidualizowaną ścieżką narracyjną.

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie "Techsty".
_______________
* Errata względem oryginału: nie "nowość polska", tylko "nowość w Polsce".
** Komiksów paragrafowych jest zdecydowanie więcej. Kiedyś napiszę o tym szerszy artykuł i wymienię parę ciekawych tytułów, bo trochę ich zgromadziłem.

//
il. materiały prasowe

15 kwietnia 2018

Książka ma cię na oku, czyli książkowe interfejsy

Papierową książkę postrzegamy jako przedmiot statyczny i raczej nieinteraktywny. Pojęcie interfejsu z kolei przypisujemy programom komputerowym czy w ogóle sprzętowi elektronicznemu. Ale jak się okazuje, oba światy można połączyć.

Nawet nie chodzi o to, że łączy się elektronikę z papierową przestrzenią książki. O tym zjawisku i o konkretnych przykładach pisałem już wcześniej przy okazji omawiania projektu artystycznego Papier Machine (choć o jeszcze jednym wspomnę na koniec). Tym razem zwróciłem uwagę na pojawienie się czegoś, co możemy określić mianem interfejsu i jego obecności w drukowanych książkach.

Nie podejmę się tutaj rekonstrukcji pojęcia interfejsu, ponieważ to bardzo złożona i niejednoznaczna sprawa. Być może kiedyś nadejdzie moment, by przyjrzeć się temu bliżej. Jednak najprościej rzecz ujmując, interfejsem możemy nazwać to, co pozwala nam komunikować się pomiędzy dwoma „jednostkami” czy też „stronami” tejże komunikacji (rozumianej jako wymiana informacji) – na przykład między użytkownikiem a komputerem, czytelnikiem a książką. Jest to więc przestrzeń, w której dochodzi do interakcji.

Interfejs może być bardziej fizyczny, może nim być np. klawiatura, mysz komputerowa, ekran dotykowy, utożsamiane z dodatkowymi urządzeniami, czy też bardziej elektroniczny lub metaforyczny, np. okno dialogowe, lista opcji do wyboru, menu, przyciski na ekranie. Dzięki tym elementom możemy niejako „powiedzieć” urządzeniu, co chcemy zrobić lub też, co chcemy, aby urządzenie zrobiło. Zasada działa też w drugą stronę. Urządzenie za pomocą różnych okien, komunikatów, kontrolek czy diod informuje nas o różnych działaniach, dzięki którym wiemy, czy na przykład mamy połączenie z siecią, bateria się nie rozładowuje, czy też, że dane pliki właśnie się drukują lub przesyłają do miejsca docelowego.

Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły. Zresztą, nie mam zbyt wyspecjalizowanej wiedzy informatycznej i do całości podchodzę jako samouk i niejako intuicyjnie wskazuję na pewne rozpoznania. W tym kontekście bardziej interesujące jest to, jak możemy „komunikować się” z książką oraz to, jak książka może „komunikować się” z nami.

Sprawa wydaje się prosta i aż nader oczywista, kiedy weźmiemy pod uwagę teksty elektroniczne, czy też te utwory, które funkcjonują w środowisku elektronicznym, np. poezję cybernetyczną czy powieści hipertekstowe. Przede wszystkim dlatego, że nie tyle sam tekst może posiadać interfejs, ile raczej posiada go urządzenie, z którego korzystamy podczas odbioru (nie tylko podczas czytania). Inaczej rzecz ma się w przypadku książek drukowanych.

Emocjonalna książka

Bardzo ciekawe są więc te przykłady, które mają elementy umożliwiające interakcję na zupełnie innym poziomie niż ten elektroniczny, a bardziej fizyczny czy chemiczny. Jak podaje portal „Booklips.pl” holenderskie studio Oak & Morrow przygotowało książkę, która „doprasza się o uwagę czytelnika”, a mianowicie w przypadku, gdy nie zaglądamy do niej od dłuższego czasu, jej okładka traci stopniowo kolory i zaczyna czernieć, czy też jak opisali sami autorzy, „zaczyna smutnieć”. Wszystko dzięki temu, że okładkę pokryto warstwą termicznego nadruku, przez co mamy do czynienia z interakcją cieplną. Trochę jak w przypadku książki „Niewidzialni”, stworzonej przez bezdomnych, dającej się odczytać tylko w niskiej temperaturze, ponieważ tylko wówczas możemy poznać nie tylko treść książki, ale i warunki, w jakich muszą żyć osoby bez dachu nad głową.

Wymiar afektywny książki jest więc tutaj bardzo istotny. Holenderscy projektanci wskazują wprost, że „Rhetoric as the art of design” jest książką, która „wyraża emocje”, a więc pokazuje, czy jest kochana (czyli czytana) czy też nie. Z kolei interakcja z nią jest bardzo prosta. Wystarczy wziąć ją do ręki i otworzyć. W efekcie okłada uzyska swoją świetność i będzie znów kolorowa, a więc odwdzięczy się za okazaną jej miłość.

ADCN yearbook 2014 from Oak & Morrow on Vimeo.

To bardzo ciekawe i nowatorskie podejście, choć znajduje zastosowanie w książce artystycznej. I zastanawia mnie, na ile da się taką tendencję wpisać w zjawisko personalizacji tekstu lub książki, gdzie związek pomiędzy człowiekiem (użytkownikiem lub czytelnikiem) a książką (tekstem) jest bardzo osobisty, wręcz intymny. Po jednej stronie mamy troskę - jak w powyższym przykładzie, po drugiej zaś „kreatywną” destrukcję - jak w przypadku książek Keri Smith; można więc książki pieścić i dbać o ich komfort, można też robić z nimi przeróżne rzeczy - rozrywać, niszczyć, kolorować itd.

Okładka, która ocenia ciebie

Podobnym projektem również jest dzieło Holendrów, tym razem studia Moore i This Page Cannot Be Found przy współpracy z Marliesem Olbertijnem i Adrienem Jeanjeanem. Jednakże „The Cover That Judges You” stanowi już hybrydę i jest połączeniem świata elektroniki i papieru. Niemniej także dotyczy emocji i uczuć, tym razem ukierunkowanych w stronę odbiorcy. Na przekór powiedzeniu, by nie oceniać książek po okładce, tutaj to książka, czy też okładka, ocenia czytelnika po twarzy.

W dobie biometryzacji, blokowania treści i ich indywidualizacji, rozwiązanie polegające na tym, by książka rozpoznała swojego właściciela czy też udostępniła dostęp do siebie tylko przyjaźnie nastawionym odbiorcom, wydaje się naturalne. Nic więc dziwnego, że ktoś wziął się za zaprojektowanie czegoś takiego. I chyba z takim założeniem twórcy książki „Okładka, która ocenia ciebie” zaimplementowali do kodeksowej formy książki kamerę i technologię rozpoznania twarzy. Dla książki interfejsem będzie nasza twarz, a dla nas kamera i wizerunek twarzy na okładce, która przybiera adekwatny do naszej miny kolor (zielony oznacza odblokowanie zamka i możliwość otwarcia książki). To jest ta przestrzeń, w której dokonuje się interakcja.



Dzięki temu książka niejako broni dostępu do swojej treści. Przeciwstawia się tym, którzy są nastawieni albo zbyt entuzjastycznie albo zbyt wrogo - ciekawe jest właśnie to, że należy mieć neutralny wyraz twarzy, tak, jakby nijaka mimika gwarantowała sympatię względem dzieła. Zatem decyzja znajduje się po tej drugiej stronie, czytelnik musi dostosować się do dzieła, z których chce wejść w interakcję. Właściwie w mniej metaforyczny sposób książka (tekst) daje nam przyzwolenie na lekturę. Nie ma możliwości skorzystania z niej w gniewie czy zbyt dużej radości (choć zastanawia, dlaczego akurat mamy czytać, kiedy nam wszystko jedno).

Sądzę, że tego typu rozwiązanie znalazłoby najlepsze zastosowanie przy tworzeniu literackich gier, lub artefaktów, z którymi interakcja musi nastąpić jeszcze przed głównym rozpoczęciem całej przygody, czy to lektury czy rozgrywki. Gdyby jeszcze dołączyć do tego technologię rozpoznawania linii papilarnych czy wzoru siatkówki oka, mielibyśmy ciekawe przykłady prywatyzacji książek lub treści, do których dostęp byłby dany tylko wybranym (zwrot ku ekskluzywności). W polu literatury póki co - przynajmniej tyle wiem - jest to możliwe jedynie na poziomie treściowym, a nie formalnym (to znaczy każdy indywidualnie odczytuje dany tekst i jego doświadczenie lekturowe jest dane tylko jemu, do tego za każdym razem jest inne). Zobaczymy jednak, co przyniesie czas i ludzka pomysłowość. Czekam na książki z interfejsem głosowym...

Na koniec dodam tylko, że przypomina mi to trochę zjawiska związane z „ożywianiem” tekstu czy też liter oraz czegoś, co określa się mianem bioobrazów, a więc dochodzi tu jeszcze kwestia wykorzystania mikroorganizów do tworzenia projektów paraliterackich. O ożywających obrazach, słowach, tekstach czy literach dużo pisze Monika Górska-Olesińska, trochę też Agnieszka Przybyszewska. Jak tylko znajdę kiedyś chwilę, to może pokrótce coś na ten temat napiszę.

05 kwietnia 2018

Drukowanie Internetu, czyli nowa remediacja

Na początek małe wyjaśnienie. Po pierwsze, dość swobodnie używam tutaj pojęcia remediacji, być może w paru momentach nawet nie do końca zasadnie. Po drugie, po części zjawisko, które zwróciło moją uwagę, nie jest niczym nowym. Podobne rzeczy działy się i dzieją nadal. Niemniej, jest to na tyle ciekawe, że warte osobnego komentarza.


Właśnie przeczytałem, że Katarzyna Nosowska, wyda książkę, na którą złożą się zapisane treści wideo, które tworzyła na swoim oficjalnym profilu na Instagramie.

Co prawda swój profil na tym portalu społecznościowym mam, ale już od dawna nie korzystam i tam nie zaglądam, więc nie wiem, jakie trendy teraz tam panują. Nie znałem i nie znam profilu Nosowskiej, nie wiem więc, o czym są i jakie to materiały. Z tego co wyczytałem, to ironiczne i pełne humoru komentarze życia publicznego lub kulisów showbiznesu - jednak w kontekście moich refleksji nie jest istotne.

Ważniejsze jest to, że możemy zaobserwować ciekawą tendencję związaną z drukowaniem treści internetowych, narracji audiowizualnych, funkcjonujących pierwotnie w świecie elektronicznym. Jak się okazuje, przypadek Nosowskiej nie jest odosobniony. Podobny zabieg już został wykonany w przypadku jednego z profili na Facebooku, czyli Facecji, na podstawie czego powstała książka Macieja Kaczyńskiego, Patryka Brylińskiego, zawierająca „zbiór wymyślonych rozmów nieżyjących posiadaczy fałszywych kont internetowych”, na przykład Adama Mickiewicza.

W obu przypadkach dostrzegam tutaj dwa aspekty. (Na marginesie można wspomnieć o nurcie uncreative writting.) Pierwszy, to remediacja zapisu wideo do zapisu tekstowego. Na swój sposób można powiedzieć, że dochodzi do upiśmiennienia mowy, czyli wtórnego procesu, który już się dokonał przy zwrocie piktorialnym (tutaj bardzo szeroko to ujmuję, sam zwrot – różnie zresztą ujmowany – dotyka nieco bardziej złożonego procesu), czyli przy przejściu od kultury oralnej do kultury piśmiennej. Przekaz ustny uległ remediacji, wkroczył w pole pisma, następnie pismo remediowało do druku, teraz druk i pismo remediują do zapisu cyfrowego. No i jak widać, zapis elektroniczny (tu dodatkowo audiowizualny) remediuje z powrotem do druku. To bardzo ciekawa droga, którą można prosto zapisać w postaci takiego ciągu: oralność -> pismo -> druk -> audio/wideo (mowa) -> tekst pisany (druk).

W pewnym sensie wiąże się to z tym, na co zwracał Mike Sandbothe, pisząc o splotach cyfrowych, obejmującym cztery zjawiska, czy też jak on to określił „transformacje semiotyczne”: upiśmiennienie mowy, oralizacja pisma, ikonizacja pisma, upiśmiennienie obrazu.

Niegdyś zamieniliśmy werbalność, bezpośredniość i kontekstowość przekazu mówionego (rozmowa, opowiadanie przy ognisku, jednoczesna obecność nadawcy i odbiorcy) na zdystansowany, oderwany od kontekstu, czasu i przestrzeni przekaz piśmienny (równoczesność nadawania i odbioru nie jest konieczna, a nierzadko możliwa). Internet sprawił, że powróciliśmy po części do komunikacji kontekstowej i związanej z jednoczesnością, przy czym nie bezpośredniej (bo jednak za pośrednictwem urządzenia, ekranu, interfejsu) i niezwiązanej z miejscem (możemy siedzieć w pokojach na dwóch krańcach świata). Tak teraz przekaz audiowizualny - a więc materiały wideo, tworzone przez Nosowską czy facebookowe dyskusje postaci historycznych, mające swój kontekst, zakorzenione w danym medium i wspólne dla danej społeczności (powiedzmy: wspólnoty fabularnej [przyjmijmy, że można to nazwać wspólnotą fabularną, choć to jednak odnosi się do czegoś innego], czy może wspólnoty narracyjnej) wykraczają poza to medium i wchodzą w nowe miejsce. Zatem odłączają się od kontekstu i medium elektronicznego.

Drugi aspekt to inkluzja technologiczna (tak to określam), czyli włączenie do wspólnoty fabularnej tych osób, które nie są obecne w sieci lub na konkretnych portalach społecznościowych, poprzez zaoferowanie im rozwiązania technologicznego, bardziej przyjaznego ich sposobom komunikacji. Dzięki temu, osoby znajdujące się poza tą strefą, czyli nie korzystające z Internetu lub nie mające konta na Instagramie czy Facebooku, mogą odbierać treści tam zamieszczane, choć w zupełnie innej formie. Nie są w takim ujęciu wykluczone (jednak gdyby spojrzeć na to jeszcze inaczej - taka książka drukowana, zawierająca teksty internetowe, będzie tylko protezą - zależy, jak chcemy na to patrzeć). Inną rzeczą jest dyskurs teorii krytycznych, mówiących, że tekst elektroniczny, cyfrowy lub sieciowy jest wyzwalający wobec tekstu drukowanego, który ze swej natury jest opresyjny, ograniczający (bo jest pewną strukturą, pewną ramą, zajmuje przestrzeń kartki, poza którą nie można wykroczyć). W takim ujęciu czymże byłoby „drukowanie Internetu”? Uwiązaniem sieci na smyczy? Wtłoczeniem jej z powrotem w ramy kodeksowej książki? A może pewną tradycjonalizacją (by nie poruszać tu pojęć konserwatyzmu i powrotu do korzeni) tekstu?

Jakkolwiek tego nie ująć, według mnie tworzy to nowy obieg narracji internetowych i powoduje ich wkroczenie do pola literackiego (drukowanego). Sądzę, że można powiedzieć, że następuje poszerzenie pola obiegu lub znalezienie takiego kanału, który umożliwia przenikanie się tych dwóch światów: elektronicznego, sieciowego i tradycyjnego, drukowanego, a także kanału, który daje możliwości, by narracje z jednego świata mogły pojawiać się w nowej formie w drugim świecie. Oczywiście chodzi mi tu bardziej o kierunek Internet -> druk, bo ruch w drugą stronę jest już oczywisty i nie wymaga szerszych wyjaśnień (wystarczy wskazać hipertekstowe adaptacje znanych dzieł literackich, np. w przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego, adaptacji dokonanej przez Mariusza Pisarskiego).

Na marginesie tylko dodam, że ciekawiłoby mnie jeszcze wydrukowanie Recenzji z Lubimy Czytać, by następnie móc wystawić im recenzję na tymże portalu społecznościowym, które także mogłyby zostać wydrukowane, tworząc tym samym niekończącą się spiralę wzajemnych odniesień i odwołań, taki autotematyczny i samowystarczalny generator treści.

Idąc dalej, o ile często podkreśla się audiowizualizację literatury, o tyle tutaj dochodzi do swoistego utekstowienia (jeśli tak mogę to określić), czy też upiśmiennienia przekazów audiowizualnych. Co prawda nie jest to nic nadzwyczajnego czy nowego. Znane są bowiem przykłady książek, które powstały na bazie filmów (np. saga Gwiezdnych Wojen) lub gier (seria Warhammer*). Pamiętać przy tym trzeba jeszcze, że równoległe funkcjonowanie tekstu literackiego obok tekstu audiowizualnego (np. film, gra, komiks, audycja, spektakl), wykorzystanie uniwersum stworzonego w obrębie danego utworu (jak w powyżej wspomnianych przykładach) czy istnienie gier RPG* (które są w swej istocie fabularne, tekstowe, a także performatywne) wpisuje się w zjawiska transmedialności czy intermedialności. I to także nie jest nowością. Wiele już na ten temat pisano.

Jednakże rzadko spotykaną praktyką - ale teraz, jak widać, popularną - jest drukowanie tych przekazów, które pierwotnie powstały w świecie elektronicznym, nie do końca utożsamianym z tekstami literackimi, drukowanymi. I na to chciałbym zwrócić uwagę. To zaciekawiło mnie najbardziej, ponieważ od dłuższego czasu zastanawiam się nad problemem obiegu tekstów elektronicznych w kontekście socjologii literatury. Oczywiście mogę się w tej chwili narazić świadomym użytkownikom Internetu i bacznym obserwatorom różnych zjawisk, ponieważ pewnie istnieje wiele przykładów wydrukowanych tekstów powstałych w przestrzeni cyfrowej – przykład bardzo świeży: Robbo. Solucje, o czym zresztą pisałem poprzednio – na które sam zwróciłbym uwagę, gdybym odpowiednio długo poszukał. Tutaj jednak dostrzegam istotne różnice, sugerujące mi odmienne podejście do sprawy. Wyczuwam tutaj intuicyjnie, że to nie to samo i poruszamy się na nieco różnych płaszczyznach. Dlatego jak tylko odpowiednio ubiorę to w słowa, od razu napiszę co mam na myśli.

Jeśli jednak ktoś ma swoje przemyślenia i chce wnieść głos w moje rozważania, śmiało – opcja komentarzy jest dostępna, można też napisać do mnie bezpośrednio. Chętnie wejdę w dyskusję, która pomoże uporządkować mi „mgławicę intelektualną”, jaka mi towarzyszy.

____________
* Tutaj muszę dodać małą uwagę: słabo znam się na grach, także tych RPG, dlatego jeśli coś mylę i plączę, będę wdzięczny za wyprostowanie mojego myślenie ze strony osób, które widzą co i jak.


fot. Kenneth Goldsmith (Public Domain, Wikimedia Commons)

30 marca 2018

Robbo. Solucja - pierwsza polska książka wygenerowana przez komputer

Generowanie tekstu przez komputer to nic nowego w świecie literatury elektronicznej. Jednakże premiera książki Robbo. Solucja jest wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze to pierwsza polska książka wygenerowana przez komputer. Po drugie, tym urządzeniem jest kultowy ośmiobitowy komputer Atari.

Za stworzenie książki odpowiada zespół, w którym znajdują się Piotr Marecki, Wojciech „Bocianu” Bociański, Piotr „Kroll” Mietniowski i Krzysztof „Kaz” Ziembik. Książka drukowana pojawi się na rynku 7 kwietnia nakładem krakowskiego wydawnictwa Korporacja Ha!Art.

Robbo. Solucja to tak naprawdę program komputerowy generujący tekst, stanowiący bazę do późniejszego powstania książki w formie papierowej. Składają się na nie polecenia pochodzące z kultowej gry Robbo, autorstwa Janusza Pelca. I jak w oryginalnej grze, tak w książce jest 56 planet-labiryntów, czyli 56 opisów przejścia.

Możemy więc przeczytać komunikaty typu: Wyceluj w bombę. Przechyl drążek joysticka w prawo. Uważaj na nietoperza. Wejdź w teleportację. Zestrzel latające oczy. Uciekaj w kierunku skrzynki. Odłóż papierosa. Wyceluj w diabełka. Wejdź do kapsuły.

Co więcej Marecki zebrał YouTube'owe komentarze dotyczące gry, stanowiące przerywniki pomiędzy solucjami dla każdej planety. Nie brakuje wśród nich głosów nostalgii i wspomnień: „tamte gry miały duszę i naprawdę tęsknie za moim Atari 65xe, grami na kasetach, klubem komputerowym w mojej wiosce” czy „porty na inne platformy to już nie to samo”.

Jednak na samym tekście się nie kończy. Wersja cyfrowa opatrzona jest muzyką stworzoną przez Piotra Mietniowskiego. Do stworzenia pozostałych elementów książki drukowanej również użyto retro komputerów i starych programów. I tak okładkę książki projektował Krzysztof Ziembik na komputerze Atari ST w programie „Crack Art”. Z kolei skład DTP wykonał Piotr Mietniowski na komputerze Atari TT w programie „Calamus” z 1987 roku, z łamaniem tekstu w programie „Inkaust”, na tej samej platformie.



Książkę należy rozpatrywać pod kątem eksperymentu literackiego i jako kolejną pozycję spod szyldu uncreative writting. Głównie dlatego, że raczej nie jest to książka do czytania, a jedynie do zwrócenia uwagi na możliwości, jakie daje technika, również ta przeszła, już wyparta i nieużywana, choć wskrzeszana przez miłośników i kolekcjonerów starego sprzętu.

– Miała to być literatura ambientowa, czyli literatura niekoniecznie do czytania, ale będąca tłem, tak jak muzyka ambientowa nie jest do słuchania, ale wypełnia otoczenie – tłumaczy Marecki.

Książka nie tylko wykorzystuje możliwości starych komputerów i pokazuje, w jaki sposób możemy generować tekst. To także zwrócenie uwagi na technologiczne przyśpieszenie, związane z rozwojem techniki i nowych mediów, przez co dawne rozwiązania zostają wypierane i zapominane.

– Technologia ma współcześnie krótki żywot. Nowe platformy zabijane są przez nowsze, nowsze przez jeszcze nowsze, jeszcze nowsze przez… – i tak w nieskończoność. Odpowiedzią na to przyspieszenie jest powrót do urządzeń wypartych i martwych – czytamy w opisie książki.

Dlatego można powiedzieć, że cały proces przygotowania książki Robbo. Solucje jest przykładem na archeologię mediów, dziedzinę bardzo popularną w Stanach Zjednoczonych, a u nas dopiero się rozwijającą, choć działającą na przykład pod szyldem demosceny (dla mnie zjawiska jeszcze nieokiełznanego).

Więcej na temat Roboo można przeczytać na stronie poświęconej komputerom Atari.

18 lutego 2018

Literatura cyfrowa. W stronę podejścia procesualnego

Ukazała się nowa książka naukowa Urszuli Pawlickiej, znanej w środowisku e-literaturoznawców oraz humanistów cyfrowych badaczki. Książka Literatura cyfrowa. W stronę podejścia procesualnego wyszła nakładem Wydawnictwa Naukowego Katedra.

Profesor Wojciech Józef Burszta o książce

Literatura cyfrowa to swoista hybryda intencjonalnych „społeczności praktyki” (w sensie nadanym temu pojęciu przez Ėtienne’a Wengera) i możliwości nowych mediów. Stąd – jak słusznie zauważa autorka tej książki już na wstępie – „napisana dziś praca teoretyczna, jutro okaże się tylko częścią historii”. Krótka jeszcze historia rozważań nad rolą internetu, technologiami komunikacyjnymi czy choćby prace poświęcone telefonom komórkowym sprzed kilku lat dowodnie pokazują, jak niepewne i tymczasowe bywają diagnozy, które w momencie ich formułowania sprawiają wrażenie „przełomowych”. O wiele zatem bezpieczniejsze, i tę drogę wybrała Urszula Pawlicka, jest podejście „procesualne”, analizujące procesy, teorie, praktyki i dokonania literatury w środowisku cyfrowym od momentu ich pojawienia się do dnia dzisiejszego (który najpewniej od jakiegoś czasu jest już zapisem o walorze ledwie historycznym).

O autorce książki

Urszula Pawlicka to doktor literaturoznawstwa. Stypendystka Fulbrighta w Electronic Literature Lab, Creative Media and Digital Culture na Washington State University Vancouver, USA (2014/2015) oraz visiting researcher w English Department na Stony Brook University w Nowym Jorku, USA (2015). Uczestniczka wielu międzynarodowych konferencji (m.in. „The Making of the Humanities VI” na University of Oxford oraz ACLA’s Annual Meeting na Harvard University) i seminariów (m.in. Digital Humanities Summer Institute na University of Victoria w Kanadzie oraz Digital Humanities Research Seminar na University of Helsinki w Finlandii). Publikowała w wielu pismach naukowych (m.in. w „English Studies”, „CLCWeb: Comparative Literature and Culture”, „Teksty Drugie”, „Przegląd Humanistyczny”, „Przegląd Kulturoznawczy”, „Kultura Popularna”, „Czas Kultury”, „Fragile”). Autorka książki (Polska) poezja cybernetyczna. Konteksty i charakterystyka (2012). Obecnie pracuje jako postdoctoral researcher w Media Lab Helsinki na Aalto University w Finlandii, gdzie prowadzi badania poświęcone przemianom infrastrukturalnym i konceptualnym w humanistyce zachodzącym pod wpływem powstania nowej przestrzeni badawczej, jaką jest laboratorium. Zainteresowania: kultura cyfrowa, społeczność badawcza, infrastruktura badań, laboratorium, humanistyka cyfrowa, humanistyka a nauka, socjologia wiedzy naukowej.

__________
il. okładka książki
Opis podaję za stroną wydawnictwa Katedra.

08 lutego 2018

Książki na ulicy (komentarz)

Dzisiaj tak trochę na marginesie i bez żadnego planu.

Widząc na twitterowym profilu Instytutu Książki zdjęcie z peruwiańskiej księgarni ulicznej "Kwiat Marii", pomyślałem sobie, że u nas nie jest to bardzo typowy obrazek. W sensie, że jakoś nie uchodzi sprzedawanie książek czy nawet komiksów na ulicy.

No bo wiadomo, książka to przedmiot otoczony szczególnym względem (dla niektórych to nawet fetysz). Jej miejsce to biblioteczna lub księgarniana półka, najlepiej gdzieś wysoko, bo metafora wysokiej półki zobowiązuje. A jeśli coś znajduje się na ulicy, to znaczy, że nie ma zbyt dobrej renomy i ma raczej niską wartość. Do tego jest pospolite, masowe.

Coś ulicznego to także coś taniego, wyświechtanego, słabego oraz dosłownie i w przenośni - brukowego. Jednakże książka to książka, a literatura to literatura. Chyba bez względu na to, gdzie i jak jest sprzedawana. Tak przynajmniej wydaje mi się w tej chwili.


Doprawdy, jeśli ktoś chce kupić książkę, to kupi ją w dyskoncie, w drodze po ser czy warzywa, stojąc w kolejce po piwo czy papierosy. A sprzedawanie prasy, książek i innych podobnych "produktów" na ulicy, przy okazji oferując może kawę, przekąskę czy inne drobiazgi, to chyba nie jest nic niewłaściwego. Nie wspominam już o sklepikach dworcowych.

Oswajamy powoli sprzedaż na poczcie (która przestaje pełnić funkcję poczty, a teraz - w wyniku zakazu handlu w niedzielę - może stać się oazą zakupową w ten dzień), w dyskontach, czy nawet w sklepach spożywczych. Kioski są, wiadomo, bardziej prasowe, ale i tam książkę się spotka.

Jeszcze innym problemem jest, że często w księgarniach - tu mam na myśli pewną konkretną, dużą sieć, sprzedającą nie tylko książki, ale i prasę, wydawnictwa muzyczne, filmowe, artykuły papiernicze i co tylko się da w tym temacie - można kupić też słodycze, czy inne drobne rzeczy spożywcze. Zatem te sfery się mieszają w obu kierunkach.

Problemem może być jedynie poziom i wartość pozycji sprzedawanych "na ulicy". Nie trzeba nikogo przekonywać, że w takich miejscach spotyka się na ogół średnie teksty. Co wcale nie znaczy, że nie trafiają się te naprawdę wartościowe. Sam kiedyś kupiłem Marqueza w okazyjnej cenie w sklepie wielobranżowym, w którym bym się go nie spodziewał.

Na marginesie tylko dodam, że w moim mieście, czyli w Częstochowie, w sezonie letnim, na Placu Biegańskiego co weekend rozkłada się Kiermasz Taniej Książki. Sprzedaje się właściwie nie tylko książki, bo również płyty muzyczne i inne dobra kulturalne. Owszem, nie różni się to może od handlu majtkami na rynku czy warzywami działkowymi gdzieś na ulicy. Jednakże czy nie pomaga to oswoić książki jako przedmiotu i pokazuje, że może być równie podręczna, obecna co dzień, jak inne rzeczy użytku codziennego?

Książka jako artefakt literacki nie musi być przedmiotem otoczonym wielki kultem. Szacunek i przywiązanie to jedno. Aura niesamowitości również swoją drogą. Nie trzeba jednak budować narracji, że książka to klucz uniwersalny do wszechświata, ponieważ skojarzenia bywają zaskakujące: coś wyjątkowego - coś dostępnego dla nielicznych.

Według mnie nie powinniśmy promować czytania jako takiego - tak jak nie promujemy jedzenia jako takiego. Powinniśmy promować czytanie rozważne, świadome i wartościowe. Wtedy czytanie samo w sobie nie byłoby elitarne i nie odstraszałoby tych, którym zdaje się to czymś ekstremalnie trudnym, nawet jeśli to tylko pozory.

fot. Instytut Książki

04 lutego 2018

Antologia Turnieju Jednego Opowiadania

Na początku 2018 roku ukazała się w sieci Antologia tekstów uczestników Turnieju Jednego Opowiadania, który odbył się w październiku 2017 w Częstochowie. Tak się składa, że odpowiadałem za organizację i prowadzenie Turnieju, a później także za przygotowanie wspomnianej Antologii. Cieszę się, że książka w formie elektronicznej ukazała się i można ją swobodnie czytać i pobierać (również na czytniki ebooków). Z kolei poniżej zamieszczam moje słowo wstępne.

Kruszymy literackie kopie
W kontekście przemian, jakim ulega literatura współczesna, głównie pod wpływem nowych mediów, warto podejmować wszelki wysiłek, by promować i wspierać uczestnictwo w życiu literackim na każdym poziomie: twórczym i czytelniczym, zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Między innymi z tych pobudek powstała idea Turnieju Jednego Opowiadania, z pewnością pierwszego tego typu wydarzenia w Częstochowie, a kto wie, czy nie jedynego w skali kraju. Choć zasadniczo powód był bardziej – par excellence – prozaiczny.

Otóż w Częstochowie już od lat znany jest – a od dłuższego czasu przeżywa renesans – Turniej Jednego Wiersza. Wyśmienita cykliczna impreza kulturalna, jednak zaadresowana do poetów. W związku z tym pojawiło się proste pytanie: a gdyby tak zorganizować podobny Turniej, jednakże przeznaczony dla twórców prozatorskich form literackich? No i pomysł zaczął kiełkować. Z czasem zaowocował wydarzeniem, które – jak na pierwszą (i miejmy nadzieję, że nie ostatnią) edycję – cieszyło się wielkim zainteresowaniem. Uwidocznił się głód prozatorskich nie tyle wrażeń, ile zmagań, mających charakter konkursowy, rywalizacyjny. A to dlatego, że Turniej z założenia miał stanowić wyraźny pretekst do pobudzenia lokalnych twórców, zmotywowania ich do twórczości oraz starcia z pozostałymi autorami, obierając przede wszystkim za punkt wyjścia krótką formę literacką, jednak mogącą pobudzić wyobraźnię do większych i poważniejszych tekstów, a kto wie, czy nie nawet samodzielnych publikacji.

W ten sposób 27 października 2017 roku w Pubie Szuflada udało się zorganizować Turniej w dwóch kategoriach: Konkurs Główny i Flash Fiction. Ta pierwsza skierowana była do autorów, którzy zgłaszali teksty o objętości do 12 tysięcy znaków i postanowili, aby oceniane były przez wytypowane wcześniej jury w składzie: Olga Wiewióra, Konrad Ludwicki i Tomasz Jamroziński, nie znające danych autorów, co podniosło obiektywność werdyktu. Druga kategoria była skierowana do śmiałków, którzy gotowi byli przeczytać tekst na żywo, pod presją czasu, ponieważ każdy uczestnik miał dokładnie 5 minut na głośną lekturę pracy. Zaś zwycięzcę wybierała zgromadzona tego wieczoru publiczność. W obu przypadkach, co zresztą oczywiste, każdy z autorów-amatorów mógł zgłosić tylko jeden tekst.

Obok głównych celów Turnieju było też wyłowienie młodych talentów z Częstochowy (a być może też z okolic), zaproponowanie nowego typu wydarzenia literackiego, dostarczającego innych wrażeń, niż te do tej pory znane. Innych, bo to ani indywidualne spotkanie autorskie, ani nic na kształt tak zwanego salonu, podczas którego paru autorów prezentuje swoje prace. To już prawdziwy turniej, konkurs, w którym nie ma miejsca na zbędne sentymenty i artystyczne uniesienia. Choć oczywiście i tego nie brakowało, to jednak walka była zażarta i nie na żarty. Warsztat i rzemiosło były równie ważne – jeśli nie ważniejsze – co wrażliwość i twórcza ekspresja.

Mam nadzieję (podobnie chyba, jak pozostałe osoby zaangażowane w współtworzenie tego wydarzenia), że Turniej był i będzie nadal wyśmienitą okazją do tego, by autorzy, którzy już tworzą w mieście, lecz nie mają sposobności pokazać się szerszej publiczności, mogli wyjąć swoje teksty z szuflady. Podobnie rzecz ma się z wiarą w to, że Turniej – choć pewnie raczej w dłuższej perspektywie – przyczyni się do intelektualnego i literackiego rozwoju mieszkańców miasta oraz wszystkich tych, którzy postanowią na chwilę zatrzymać się, by poznać kawałek dobrej i skondensowanej literatury.



Flash Fiction Battle
Jako że zaczynać należy od rzeczy małych, by z czasem przejść do jeszcze większych, Turniej u swoich podstaw miał refleksję na temat krótkich, a nawet bardzo krótkich form literackich. Początkowo nawet nosił nazwę Flash Fiction Battle. Jednak z czasem formuła konkursu została nieco zmieniona tak, by dać szansę także tym autorom, którzy lubią się trochę rozpisać i zarysować fabułę w większym planie. To nie oznacza, że duch flash fiction został porzucony. Wręcz przeciwnie, uobecnił się w dwójnasób, ponieważ podczas Turnieju to właśnie tego rodzaju teksty były prezentowane na żywo.

Flash fiction to krótka forma prozatorska, to opowiadanie, które można przeczytać jednym tchem. Często określa się je także jako short short stories lub  cigarettes stories, wskazując, że można przeczytać je w trakcie przerwy na papierosa, „przejeżdżając jedną stację metrem lub czekając na autobus”.  Jak piszą badacze i znawcy gatunku, tradycja flash fiction nigdy nie dotarła do Polski, choć pod różnymi nazwami i określeniami (np. miniatury literackiej lub mikroopowiadania) polscy pisarze uprawiali podobne ograniczone objętością formy ekspresji.

Flash fiction jako literacka odpowiedź na telewizyjną estetykę klipu, rozwijającą się przede wszystkim pod wpływem stacji muzycznej MTV, próbuje także odpowiedzieć na przemiany współczesnych mediów, określanych mianem nowych mediów, skupionych głównie na krótkich, skondensowanych i atrakcyjnych przekazach. Literatura tego typu stara się więc reagować na medialny szum oraz dostosowywać swoją formę do współczesnego tempa kultury oraz komunikacji, choć z różnym skutkiem. Flash fiction, to także - jak wykazują znawcy - „efekt walki o coraz bardziej rozproszoną uwagę współczesnego odbiorcy i wyraz tęsknoty za pełnym sensu, wartościowym komunikatem”.

Ciekawa jest jednak refleksja nad stanem czytelnictwa takich właśnie opowiadań. Wsłuchując się w głosy osób zajmujących się literaturą na różnych szczeblach (od autora, przed wydawcę, księgarza, aż po literaturoznawcę), możemy dojść do wniosku, że tak krótkie i skondensowane formy nie są najatrakcyjniejsze, jak mogłoby się wydawać, mimo że można przeczytać je właściwie na jeden raz, ot tak, poświęcając tyle samo czasu, ile poświęcamy na przejrzenie naszych aktualności z profili mediów społecznościowych.

Próbując wysunąć pewne wnioski – ale to tak na marginesie, by nie wdawać się w niepotrzebne dygresje – możemy stwierdzić, że to właśnie dlatego, że media społecznościowe, czy w szerszym ujęciu nowe media zawłaszczają właśnie tę przestrzeń. Nie interesują nas krótkie formy, nawet, jeśli od strony formalnej nie wiąże się to z wysiłkiem. Po pierwsze dlatego, że wysiłek ten zostaje przeniesiony na stronę treściową (wszak ładunek emocjonalny i intelektualny w opowiadaniu bywa często znacznie większy). Notabene, czy ktoś jeszcze dziś czyta poezję w tramwajach lub w kolejce? Po drugie dlatego, że social media niejako anektują nasz wolny czas, do tego nierzadko w sposób inwazyjny. A jeśli już pozwalamy sobie na lekturę, wolimy coś dłuższego, rozbudowanego, coś, przy czym znacznie bardziej i na dłużej wejdziemy w świat przedstawiony. Podobne tendencje możemy dostrzec również na polu filmu czy seriali, które pod wpływem internetowej dystrybucji materiałów także przechodzą transformację.



Rękawica została podjęta
Jak na debiutujące wydarzenie, zainteresowanie Turniejem było ogromne. Łącznie w obu kategoriach zgłosiło się kilkanaście osób. Za to głosy pojawiające się przed i po wydarzeniu pokazały wyraźnie, że Turniej Jednego Opowiadania to impreza warta kontynuacji, że są osoby, które potrzebowały właśnie takiej możliwości oraz że chcą i potrafią napisać tekst, który dobrze się czyta i słucha.

Oczywiście poziom był zróżnicowany. Podobnie rzecz miała się z tematyką. Nie brakowało opowiadań poruszających sprawy poważne, wymagających skupienia i zastanowienia. Były też prace swobodniejsze w formie i treści, często wykorzystujące konwencję fantastyki, a także rozrywkowe, prowokujące, niejako obliczone na performatywny charakter Turnieju. Zwycięzcą w kategorii Konkurs Główny został Sławomir Domański za tekst Pogrzeb stryja, z kolei we Flash Fiction wygrał Marek Palutkiewicz za opowiadanie Plask!.

W tej pierwszej kategorii udział wzięło dziewięcioro uczestników i tyle właśnie tekstów możemy przeczytać w Antologii. Zbiór jest bardzo zróżnicowany pod każdym względem. Jednak nie chodzi tu teraz o wartościowanie. Tego dokonało jury, ponieważ takie były zasady Turnieju, a indywidualnej oceny poszczególnych tekstów może dokonać każdy czytelnik. Po to udostępniamy Antologię, by samodzielnie spojrzeć na opowiadania, by móc je porównać i czerpać przyjemność z ich lektury, która na pewno będzie inna dla każdego.

Na początek proponujemy tekst zwycięski w Konkursie Głównym, czyli opowiadanie zatytułowane Pogrzeb stryja, autorstwa Sławomira Domańskiego. Ta momentami przejmująca historia opowiada nie tyle o śmierci i utracie kogoś bliskiego, jak wskazywałby tytuł, ile stanowi świadectwo upływu czasu i przemijania, przechodzenia z pewnego „wtedy” do pewnego „teraz”, które towarzyszy każdemu człowiekowi, bez względu na wszystko.

Następnie czeka nas istna mieszanka stylistyczna i tematyczna, choć mam wrażenie, że spoiwem i towarzyszącym każdemu tekstowi motywem jest pewnego rodzaju ucieczka czy też przemieszczenie się, przejście, nierzadko o charakterze egzystencjalnym na linii życie-śmierć, co jest także charakterystyczne dla zwycięskiego tekstu, wspomnianego powyżej.

Międzypokoleniowe i historyczne spojrzenie proponują dwaj autorzy: Jacek Bąk i Szymon Różycki. Ten pierwszy napisał Opowieść o Starym Joe, czyli literacki western, o charakterze reminiscencyjnym, z intrygującym nawiązaniem do legendy Dzikiego Zachodu. Drugi z kolei w Michaile przedstawił historyczną opowieść z akcentem relacji polsko-ukraińskich. Bliżej współczesności znajduje się Krzysztof Majtyka z Człowiekiem z Wysokiego Mostu (oczko puszczone w kierunku fanów prozy Philipa K. Dicka, choć niewiele tu fantastyki), czyli z przewrotną historią o tylko pozornie zwykłym człowieku.

Klucz fantastyki i pomieszania porządków prawdy i fikcji, obecny u wspomnianego Dicka, lepiej sprawdza się w opowiadaniu Rafała Rykały. Kod to oniryczna i groteskowa historia szukania tytułowej kombinacji znaków, reguł, sposobów uporządkowania informacji, a więc rozszyfrowania wielu porządków i prawideł obejmujących funkcjonowania świata (a może i nawet całego wszechświata), tego, co dane, co wykreowane, tego, co rzeczywiste, wirtualne czy nawet tego, co na styku tych dwóch światów.



Z kolei kody kulturowe lub nawiązania (sądzę, że także ściśle do współczesności) można odnaleźć w opowiadaniu Mateusza Szkopa, tytułem wprost odnoszącym się do chyba kultowego już utworu i albumu brytyjskiego zespołu The Clash. Tutaj London Calling to emigrancka opowieść o tytułowym mieście i między innymi o tym, czym krzyczą jego ulice, lub też o tym, jak słyszy je Polak przebywający na Wyspach. Ucieczka łączy się z powrotem, które trudno wskazywać choćby w opowiadaniu Marty Wojtyry. Freerun stanowi bowiem egzystencjalną opowieść drogi, a być może w drodze, stanowiącą właściwie ucieczkę od lub do, w zależności od miejsca, z którego się patrzy.

Ta tylko z pozoru swobodna podróż wiąże się z tekstem Julity Paprotnej, która napisała współczesną (a może po trosze futurystyczną) egzystencjalną opowieść o umieraniu, a raczej o tym, jak to umieranie nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać, choć pomóc w tym powinien tytułowy Instytut Dobrej Śmierci. Podobnie niełatwe jest radzenie sobie z życiem po śmierci, o czym opowiada tekst Marka Palutkiewicza. W Zwidzie mamy historię o realnej śmierci, do przygotowania której nie potrzeba żadnej instytucji, a przed którą nie są w stanie uchronić przedstawiciele instytucji tylko mimochodem ukazanych w opowiadaniu. Na tym kończy się splot konkursowych tekstów części pierwszej.

W kategorii Flash Fiction udział wzięło ośmioro uczestników, jednakże w niniejszym wydaniu możemy przeczytać sześć krótkich tekstów. Tutaj, co oczywiste, dynamika opowiadań jest większa, ponieważ znaczenia musiały być zdecydowanie zagęszczone i zawarte w jeszcze krótszych formach. Dużą rolę odegrała też lektura, dokonana podczas Turnieju przez autorów, dlatego liczył się performatywny charakter opowiadania, jego siła oddziaływania na publiczność, która rozstrzygała o zwycięstwie.

W ten sposób zdecydowaną większością głosów wygrał Plask! Marka Palutkiewicza, który otwiera drugą część Antologii. To żartobliwe opowiadanie, w stylu pratchettowskim, mówi o tym, w jakim miejscu się znajdujemy, jako ludzkość. Myślę, że warto poznać tę odpowiedź, mimo że co poniektórych może wcale nie zdziwić. Nieco podobny charakter ma tekst Jacka Bąka. Wizyta to prosta fantastyka, również w stylu prozy Terry'ego Pratchetta, z zaskakującą, jakże życiową, pointą.

Życiowe, nierzadko trącające wrażliwe struny, są opowiadania: Martyny Ujmy – Beksa Lala to bolesna historia dziewczyny, nie potrafiącej zaznać prawdziwej miłości; Sławomira Domańskiego – Pan Mopsik stanowi obyczajową historię, sięgającą problemów codzienności; Jakuba Wawrzyńczaka – Przedostatni altruista to opowiadania krótkie, lecz bardzo treściwe, z odpowiednim ciężarem i bardzo wymowne. W sam raz na koniec Antologii, by domknąć ją szybkim ruchem i pozostawić przestrzeń na czytelniczą refleksję i odpowiedź na pytanie, czy warto było. Ale to nie wszystkie teksty. Na czytelników czeka jeszcze surrealistyczne opowiadanie Konrada Antczaka, zatytułowane tajemniczo P........., o temacie dobrze znanym chyba tylko autorowi, choć moim zdaniem nieco o procesie tworzeniu i sile władzy. Tekst podczas Turnieju wydawał się hermetyczny, jednakże zyskuje, gdy zobaczy się zapis na własne oczy, bo jak każdy się przekona, warstwa wizualna jest tu znacząca.



Walka trwa
Na koniec jeszcze odrobina informacji szczegółowych. Głównym organizatorem pierwszego Turnieju Jednego Opowiadania było Koło Literackie Anafora, funkcjonujące przy Instytucie Filologii Polskiej Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Partnerami przedsięwzięcia byli: Ośrodek Promocji Kultury, Pub Szuflada, Częstochowski Kolektyw Twórczy WyTwórnia oraz wortal czeKultura.pl, będący również patronem medialnym. Całość dofinansowano ze środków Centrum Amatorskiego Ruchu Artystycznego. To wszystko w dużej mierze przyczyniło się do tego, że Turniej pod względem organizacyjnym trzymał odpowiedni poziom i że od razu pojawiły się pytania o drugą edycję. Pokazuje to, jak tego typu inicjatywa była i jest nadal w Częstochowie potrzebna.

Sukces Turnieju to także zasługa pozostałych osób zaangażowanych w organizację wydarzenia. Mam tu na myśli między innymi Pawła Florczyka, odpowiadającego za Pub Szuflada, pub, który stał się areną literackich zmagań, a także ważnym fundatorem nagród oraz całą ekipę z Szuflady, która dzielnie i cierpliwie pomagała w sprawach technicznych i nie tylko. Myślę także o Marcinie Szczygle, którego fotograficzny zmysł pomógł uchwycić tamte chwile i przedstawić je tym, którzy nie mogli być obecni. Podobnie nie mogę pominąć wkładu i niewątpliwego wsparcia ze strony wspomnianego już jury Turnieju, czyli Olgi Wiewióry, Konrada Ludwickiego i Tomasza Jamrozińskiego. Bez ich fachowego podejścia do zadania, jakim było przeczytanie i ocena tekstów nadesłanych w kategorii Konkurs Główny nie moglibyśmy mówić i pisać o wysokim poziomie tego projektu.

Podziękowania należą się także wszystkim tym, których nie wymieniam z nazwiska (w wyniku nieuwagi i roztargnienia), a którzy jednak przyczynili się do tego, by Turniej odbył się i jego efekty można było poznać również teraz, czy to czytając niniejszą Antologię, czy też mogąc zobaczyć ją we wszelkiego rodzaju mediach. Każdy, nawet jeśli tylko nieznacznie i przeze mnie niezauważenie wniósł coś od siebie, zasługuje na gorące podziękowanie. Jestem za to wszystko ogromnie wdzięczny i w imieniu swoim, ale też pozostałych zaangażowanych osób serdecznie dziękuję. Oby dane na było spotkać się raz jeszcze na wspólnej literackiej drodze.

Rzecz jasna Turniej nie mógłby się odbyć, gdyby nie udział wielu utalentowanych autorów, wspomnianych wcześniej. Ich zaangażowanie i twórcza ambicja sprawiła, że podczas literackich zmagań mieliśmy czego słuchać, a teraz mamy co czytać. Zatem, jako redaktor niniejszej publikacji, a także jako Przewodniczący Koła Literackiego, zapraszam serdecznie do lektury.

il. Koło Literackie Anafora
fot. Marcin Szczygieł

20 stycznia 2018

Papierowa książka elektroniczna

Co się stanie, kiedy papierowa książka zostanie wyposażona w elektroniczny interfejs? Odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo prosta: drukowana trójwymiarowa e-książka do samodzielnego złożenia lub też – jak jednym zdaniem autorzy opisują Papier Machine – widzialne piękno elektroniki,  czyli projekt znajdujący się na styku dwóch światów.

Za jego stworzeniem stoi dwójka francuskich artystów – Marion Pinaffo i Raphaël Pluvinage. Oboje w swojej twórczości interesują się między innymi interaktywnością sztuki, a sam Pluvinage ma na koncie chociażby projekt Noisy Jelly, będący połączeniem sztuki, chemii i muzyki. Pomysł na Papier Machine pojawił się już w 2014 roku, później był stopniowo rozwijany. Efekt finalny został zaprezentowany w Musée des Arts Décoratifs w Paryżu, podczas wystawy, która odbyła się w maju 2017 roku. Ale jak zaznaczają autorzy, to nie koniec. W planach mają stworzenie większej wersji, która mogłaby wypełnić przestrzeń galeryjną czy muzealną od podłogi po sam sufit, a także komercjalizację projektu, aby praca była ogólnodostępna*.

Papier Machine to właściwie mała broszura zawierająca 13 papierowo-elektronicznych zabawek (autorzy używają takiego określenia), które możemy wycinać, kolorować, składać i montować w specjalnie zaprojektowane układy. Odpowiedni atrament, dodatkowe podzespoły, części i baterie pozwalają tworzyć proste obwody elektroniczne, a w efekcie interaktywny interfejs, dzięki któremu możemy niektóre elementy wprawiać w ruch, wydobywać z nich dźwięki lub powodować wyświetlanie się prostych komunikatów.

– Chcieliśmy pokazać, że elektronika nie jest czymś magicznym, ale że rządzą nią także chemiczne czy fizyczne prawa – zdradza Pinaffo dla internetowego magazynu Dezeen. – Użyliśmy figur geometrycznych i abstrakcyjnych tak, by użytkownik miał pełną swobodę, by mógł dostrzec w naszych zabawkach potwory, miasta czy tory wyścigowe, podobnie, jak patrzymy na elektroniczne wnętrza telefonów komórkowych.



Ta artystyczna książka nawiązuje do znanej idei zrób to sam, czy też szerzej do pojęcia autoprogettazione Enzo Mariego, który – jak pisze Juliette Pollet w rozszerzonym opisie projektu – zwracał uwagę na samodzielny i eksperymentalny proces dochodzenia do tego, jak coś jest zbudowane i na jakiej zasadzie funkcjonuje. Dlatego wśród kilkunastu części Papier Machine znajdziemy na przykład żyroskop, kolorowe, fosforescencyjne istoty poruszające się pod wpływem odpowiedniego światła, czujnik masy, wydmuchujący przedmioty po przeciwległej stronie arkusza papieru, czy też czujnik wiatru, od technicznej strony przypominający ogrodowe dzwonki wietrzne, a z wyglądu pac-manowskie duszki, przy użyciu wydający dźwięki podobne do biosowych komunikatów kontrolnych.

Całość może nieco też przypominać rozrywkę analogiczną do tej, której ulegli miłośnicy książek Keri Smith, jak chociażby w przypadku Zniszcz ten dziennik, gdzie odbiorca-użytkownik miał za zadanie wykonywać przeróżne czynności z wykorzystaniem książki, np. żucie jej fragmentów, picie wody z lejka zrobionego z wyrwanej strony, złożenie samolotu, wzięcie prysznicu z książką, czy też zakopanie jej w ogródku sąsiada. Zdaniem autorki ma to stanowić kreatywną destrukcję, pobudzającą ludzką pomysłowość. Jednakże Papier Machine, poprzez konwergencję fizyczności papieru i elektroniki bliżej jest do ciekawego polskiego projektu autorstwa Waldemara Węgrzyna. Artysta w Pracowni Projektowania Publikacji Multimedialnych ASP w Katowicach w 2012 roku przygotował pracę dyplomową, zatytułowaną Elektrobiblioteka, która w nowatorski sposób łączy papierową książkę drukowaną i elektroniczny interfejs w nią wkomponowany, a rozszerzony dodatkowo o interfejs komputerowy – książkę można podłączyć do urządzenia zewnętrznego. Dzięki temu odbiór publikacji jest rozciągnięty między dwa ekrany. Jak zaznacza Węgrzyn, jego praca nawiązuje do manifestu El Lissitzkiego, który „na początku XX wieku przewidywał, że drukowane na papierze teksty mogą znaleźć swoją kontynuację w elektronicznych bibliotekach”.



Owo rozszerzenie i rozciągnięcie pola tekstu, w którym ważną rolę odgrywa także ruch i interaktywność, może przypominać także inne prace dokonujące sprzęgnięcia tych dwóch przestrzeni. Chociażby jak w przypadku książki Amaranthy Borsuk i Brada Bousa z 2012 roku Between Page and Screen, nazywanej często elektronicznym pop-up bookiem. Innym przykładem może być Dr. Jekyll und Mr. Hyde (2010) Martina Kovacovsky'ego i Mariusa Hügliego, próbujący wykorzystać technologię rzeczywistości rozszerzonej. Z pewnością takie hybrydy stwarzają okazję do zupełnie innego obcowania z tekstem czy obiektem, jakim jest książka, jednakże równocześnie znoszą znaczenie odbioru książki ograniczonej jedynie do czytania. Doznanie rozszerza się o dodatkowe bodźce, a w powyższych przypadkach ważniejsza zdaje się być zabawa i eksperyment.

Artykuł pierwotnie ukazał się w magazynie "Techsty".

_________
* Projekt parę dni temu wystartował na Kickstarterze.

//
il. materiały prasowe

06 stycznia 2018

Książka przyszłości, przyszłość książki. Przemiany medium, myśli i świadomości

Czy książki mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość? Jeśli tak, to jaką? A jak będzie wyglądała książka przyszłości? Na te pytania niejeden już próbował odpowiedzieć. Ja za to postarałem się zebrać te refleksje i sprawdzić, ile mają ze sobą wspólnego.

Tytuł artykułu jest zainspirowany książką pod tytułem Przyszłość książki pod redakcją Geoffreya Nunberga, która ukazała się w Polsce w 2013 roku. Zaś pretekstem do zajęcia się poniższym problemem było opublikowanie przez dziennikarkę Annę Wittenberg zdjęcia przedstawiającego czytników e-booków z fragmentem tekstu Powrotu z gwiazd Stanisława Lema, opisującym opton, czyli urządzenie przypominające współczesne czytniki książek elektronicznych. Autorka podzieliła się swoim odkryciem na Twitterze 20 maja 2016 roku.

W artykule, który ukazał się w książce Częstochowskie rozważania o literaturze, historii i fantastyce, pod naukową redakcją dra Mateusza Dąsala, mgr Justyny Migoń-Sasuły i mgra Łukasza Sasuły, opisuję futurystyczne wizje związane z literaturą, książką, medium książki. I nie chodzi w cale o wizje współczesne, ponieważ sięgam też do przewidywań np. Platona czy Victora Hugo. Oczywiście opisuję również to, o czym pisali m.in. Stanisław Lem, Isaac Asimov czy Ray Bradbury.

Ponadto przyglądam się definicji pojęcia "książka", które wymyka się i często nie daje się zastosować do tych realizacji, które spotykamy chociażby dziś, nie tylko w erze komputera i Internetu. Dla potrzeb artykułu formułuję zgrabną, choć nie do końca ścisłą definicję. Nie starczyło wówczas miejsca i czasu na to, by zaproponować termin, odpowiadający nowatorskim dziełom na przykład z pola liberatury. Być może rozwinę to w osobnym artykule. Niemniej mogę już teraz napisać, że najprawdopodobniej najlepszym określeniem dla tychże realizacji byłby artefakt literacki. Ale o tym innym razem. Tymczasem zapraszam do lektury artykułu.

Całość można przeczytać w załączonym pedeefie.

///
il. The Ipad of 1935 In the April 1935 issue of the magazine Everyday Science and Mechanics, przytaczam za: Novak Matt, The iPad of 1935. Yep, there was an app for that

Czytaj więcej…

Zotero 7 Update

Najnowszy update Zotero, czyli wersja programu oznaczona numerem 7, to doprawdy wielka nowość, mimo że zakres wprowadzonych zmian nie jest t...

Możesz przeczytać jeszcze…