notowanie i gromadzenie wiedzy •• kultura cyfrowa i literatura elektroniczna •• cyfrowy flâneuryzm i internetowe wykopaliska •• hipotezotwórstwo •• różne różności i inne sieciowe dziwności
Pojawiła się nowa książka poświęcona metodzie notowania Zettelkasten - A System for Writing. Jej autorem jest Bob Doto, znany w środowisku autor różnych treści na ten temat. Tym razem efektem jego publikacji internetowych i kursów jest książka - dostępna w druku i cyfrowo, jednak tylko w języku angielskim.
Dotychczasowe recenzje są pozytywne i przychylne. Z założenia ma to być podręcznik do notowania metodą Zettelkasten bez względu na wybrane narzędzia oraz przewodnik po tej metodzie jako sposobie na pisanie.
Podtytuł książki brzmi „How an Unconventional Approach to Note-Making Can Help You Capture Ideas, Think Wildly, and Write Constantly - A Zettelkasten Primer”, co brzmi szumnie, a zarazem obiecująco.
Jest w tym pewna tendencja, ponieważ przypomnę, że Scott Scheper swoją książkę zatytułowaną „Antinet Zettelkasten” opatrzył podtytułem „A knowledge system that will turn you into a prolific reader, researcher and writer”. Uwidacznia się więc jakaś potrzeba w tym, aby sprzedawać książki na temat zettelkasten jako niezawodny sposób na myślenie i pisanie.
Jestem więc ciekaw, co kryje w sobie książka doto. Może kiedyś uda mi się ją przejrzeć i przekonać na własne oczy, czy jest warta uwagi.
Właśnie ukazał się drugi tom książki „Gatunki cyfrowe” Piotra Mareckiego. Po opublikowanej w 2018 roku „Instrukcji obsługi” przyszła pora na „Historie mówione”. Jak więc możemy się spodziewać, jest to — podobnie zresztą jak w przypadku pierwszego tomu — zbiór wywiadów z osobami związanymi z naukowym i artystycznym środowiskiem cyfrowym.
Marecki Piotr, 2024, Gatunki cyfrowe 2. Historie mówione, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków.
W opisie wydawniczym czytamy, że bohaterami i bohaterkami książki są osoby programujące, projektujące, hakujące, tworzące muzykę, grafikę i literaturę w obszarze mediów cyfrowych: Sebastian „Seban” Igielski, Magdalena „Corny” Krawczyk, Mateusz „Jakim” Szymański, Mateusz „Jokov” Osajda, PikkuMyy, Monika Górska-Olesińska, Bartek „V0yager” Dramczyk, Jan K. Argasiński oraz Natalia Balska.
Dzięki temu uzyskujemy okazję do poznania zestawu siedmiu praktyk kultury cyfrowej, takich jak crackscena, moduły, pixel art, literatura grywalna, poezja demosceny, rzeczywistość wirtualna oraz sztuczne sieci neuronowe. Rozmowy są zwrócone w kierunku platform, jakich używają osoby praktykujące do produkcji utworów cyfrowych (Atari, Amiga, Atari ST, Xbox Kinect, Vive, Arduino).
Książka została zrealizowana w UBU labie na Uniwersytecie Jagiellońskim w oparciu o metodologię badań nad platformami Nicka Montforta i Iana Bogosta i wydana nakładem Wydawnictwa UJ.
We wstępie do książki Marecki pisze:
Projektując tę książkę, chciałem opowiedzieć o bliskim mi rozumieniu kultury cyfrowej. Takim, w którym na równi przyglądamy się zjawiskom cyfrowym sprzed paru dekad, jak i współczesnym platformom i artefaktom. W projekcie tym docenione są mniej obecne fenomeny cyfrowego świata, inne od tych najbardziej obecnych i komercyjnych (jak na przykład gry cyfrowe). Faworyzowane są za to z kolei gatunki i praktyki graniczne, hybrydy, krzyżówki, jak literatura grywalna czy poezja demosceny, przy czym gatunki cyfrowe badane są w ścisłym połączeniu z platformą, na którą powstają. Wspólnie z bohaterkami i bohaterami rekonstruujemy lokalny kontekst, wernakularną cyfrowość (vernacular digitality), znajdujemy sposoby, jak afirmatywnie opowiedzieć o zjawiskach wsobnych, endemicznych i odrębnych.
Ze wstępu Piotra Mareckiego
Z kolei w recenzji profesor Marcin Składanek pisze:
Książka jest doskonałym przewodnikiem po niejednorodnym środowisku komputerowej kultury, kroniką jej początków i rozwoju nakreśloną przez jej uczestników i świadków owych przemian. Co istotne, przyjmując jako wyjściową perspektywę praktyka i uczestnika, przekonujemy się po raz kolejny o znaczeniu platformy technologicznej, gdyż to jej zmiany i modyfikacje określają zasadniczą dynamikę historycznych ewolucji cyfrowych gatunków. Owa tytułowa kategoria odsłania szereg paradoksów badania złożonej rzeczywistości postmedialnej. Z jednej bowiem strony przyjęcie dystynktywnego i dzielącego zjawiska pojęcia gatunku wydaje się dyskusyjne wobec płynności i hybrydyczności kultury technologicznej. Stale podsuwane rozmówcom Piotra Mareckiego pytanie o definicję i różnicę gatunkową nastręcza im wiele trudności, wymusza nakładanie na intuicyjnie przez nich wyodrębniane fenomeny jakiejś zewnętrznej oraz nazbyt sztywnej kategoryzacji. Z drugiej jednak strony w niemal każdym przypadku ten wysiłek przynosi istotne zrozumienie omawianych zjawisk. Mówiąc wprost, wyłaniająca się w trakcie rozmów gatunkowość jest określana przez ową adekwatną dla badań współczesnej cyfrowej kultury formułę elastycznej, płynnej, perspektywicznej, opartej na podobieństwach rodzinnych, transwersalnej matrycy mapowania krajobrazu dynamicznych praktyk społecznych. Dzięki temu czytelnik zaopatrywany jest każdorazowo w być może nierzadko ledwo uchwytne i opatrzone dziwnym neologizmem, ale jednak efektywne i niezbędne narzędzie nawigacji po skomplikowanych przestrzeniach demosceny czy meandrycznych terytoriach technologicznych subkultur.
Z recenzji dr. hab. Marcina Składanka, prof. UŁ
Od siebie tylko dodam, że drugi tom nie odbiega znacząco od tego, co znamy z tomu pierwszego. Jest po prostu naturalną kontynuacją podjętego wysiłku zmapowania cyfrowego krajobrazu twórczości rodzimych, czyli naszych, polskich, twórców, zwłaszcza przez pryzmat swoistych, czyli znów naszych, polskich (lub szerzej: środkowoeuropejskich) praktyk, definiowanych i opisywanych poprzez mało znane — a może nawet egzotyczne — gatunki kultury cyfrowej, która obejmuje również obszar praktyk społecznych.
Dlatego książki takie, jak ta, stanowią dobre źródło wiedzy na temat szeroko pojętej kultury, w której mieści się zarówno działalność twórcza, jak i technologia lub warunki ekonomiczno-społeczne.
Nakładem wydawnictwa Cambridge University Press ukazała się właśnie książka The Challenges of Born-Digital Fiction: Editions, Translations, and Emulations. Jej autorami są Dene Grigar i Mariusz Pisarski.
Publikacja dotyczy tematu dostępności i obiegu literatury elektronicznej, szczególnie przykładów pochodzących z wczesnych faz jej rozwoju, czyli tych zrodzonych cyfrowo, cyfrowo rdzennych (born-digital).
We wstępie wydania internetowego, autorzy zaznaczają, że tym, co wyróżnia przygotowaną publikację, jest wprowadzenie dwóch istotnych elementów dotyczących zachowywania literatury rdzennie cyfrowej (born-digital preservation): przekładu medialnego (media translation) i konserwacji cyfrowej (born-digital conservation).
Co równie istotne, to fakt, że książka dotyka również kwestii obiegu literatury elektronicznej, w jej aspekcie zarówno cyfrowym, jak i materialnym, czyli tym związanym z nośnikiem.
The significance of the project is that it introduces two important concepts relating to born-digital preservation: media translation and born-digital conservation. While other scholars discuss translating and preserving born-digital literature and art, we demonstrate––with many examples––how the form and material context of a born-digital work impact our understanding of its integrity as it migrates across platforms, languages and reading communities.
Publikacja składa się z czterech części, poświęconych tytułowym zagadnieniom.
Emulation, czyli emulacja dzieła literackiego, a więc przeniesienie utworu do nowego, ale możliwie zbliżonego do pierwotnego środowiska cyfrowego, choć, na co zwracają uwagę autorzy, przyczynia się to do utraty pozajęzykowych elementów dzieła literackiego, związanych chociażby z fizycznym doświadczeniem odbioru;
Migration and Translation, czyli przekład dzieła literackiego, który poza zwykłym tłumaczeniem z jednego języka naturalnego na drugi, zakłada przekład medialny, adaptację cyfrową, również mającą wpływ na rezultat podjętych działań, ponieważ nierzadko wiąże się ze zmianą kodu, platformy, interfejsu;
Editions and Versions, czyli wydania i wersje, co ma znaczenie chociażby w przypadku ustalenia kanoniczności danego dzieła;
Restoration and Reconstruction, czyli ostateczny efekt podjętych prac, a więc udostępnienie zachowanego dzieła, udokumentowanie jego historii, zmian, podjętych działań, czyli raczej to, co bardziej interesuje badaczy literatury elektronicznej, niż jej zwykłych odbiorców.
Zatem, jak już pisze sam Pisarski na łamach magazynu „Techsty”, publikacja odnosi się między innymi do kwestii przekształceń technologicznych, wpływających nie tylko na dzieło literackie samo w sobie, ale również na obieg literatury.
Elektroniczna proza i poezja wraz z rozwojem technologii i zmianą praktyk czytelniczych w świecie cyfrowym poddane są poważnym, często dramatycznym przekształceniom. Nowy system, nowy sprzęt, nowa platforma niemal każdorazowo stawiają autora i czytelnika przed nową sytuacją komunikacyjną: czy utwór wciąż da się czytać tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy pojawił się na komputerowym ekranie? czy arsenał interakcji i paleta multimedialna nie zostały naruszone? czy utwór w ogóle da się uruchomić?
Co więcej, a co autorzy wspominają w zakończeniu [Grigar, Pisarski 2024: 75], to nie tylko sprawa rozwoju technologicznego, ale również korporacyjnego interesu.
Stan literatury elektronicznej – a myślę, że internetu i mediów społecznościowych w ogóle – wynika z rachunku opłacalności, a nie autotelicznych wartości. Dlatego tak ważne jest zachowywanie zabytków literatury elektronicznej, do których dostęp możemy utracić z prozaicznego powodu braku obecności w obiegu rynkowym technologii wykorzystanej w procesie tworzenia.
The current state of born-digital literature is always a precarious one endangered not only by technological innovation but also by corporate interests – both of which often outstrip concerns for maintaining cultural heritage.
Grigar, Pisarski 2024: 75
Zachowanie przykładów literatury elektronicznej nabiera dodatkowej wagi, jeśli weźmiemy pod uwagę spostrzeżenie, którym autorzy kończą książkę, dotyczące tego, że mamy jeszcze dostęp do ówczesnej technologii, zarówno urządzeń, jak i oprogramowania, oraz przede wszystkim zdecydowana większość osób, które tworzyły literaturę elektroniczną, wciąż żyje i może służyć pomocą [Grigar, Pisarski 2024: 76].
What we need in order to fulfill the dream of a world that values our cultural history is the recognition that the born-digital literature we are losing is, first, worth saving, and, second, requires attention now while the physical media and hardware are still available to digital preservationists and the artists and publishers who produced them are still among us to guide preservation activities that ensure integrity.
Grigar, Pisarski 2024: 76
W związku z tym warto też zwrócić uwagę na internetowe spotkanie premierowe, które odbędzie się 22 marca 2024, a na którym o książce opowiedzą nie tylko autorzy publikacji – Dene Grigar i Mariusz Pisarski, ale również twórcy literatury elektronicznej, która jest przedmiotem wspomnianej publikacji. Zatem będzie można porozmawiać między innymi z Judy Malloy, Michaelem Joyce'em i Stuartem Moulthropem. Szczegóły w zapowiedzi opublikowanej w „Techstach”.
Jest to moim zdaniem jedna z ważniejszych książek o literaturze elektronicznej ostatniego czasu. Choć od równie ważnej książki N. Katherine Hyles zatytułowanej Electronic Literature. New Horizons for the Literary minęło zaledwie 10 lat, to wciągu ostatniej dekady w polu literatury elektronicznej zdążyło wydarzyć się tak wiele, że kolejna pozycja na ten temat jest jak najbardziej na miejscu. Zwłaszcza, że związana z tą literaturą technologia znacznie się rozwinęła.
Kiedy powstawała chociażby definicja literatury elektronicznej (przypomnę, był to 2007 rok) media społecznościowe dopiero zyskiwały na popularności, nie znaliśmy iPhonów (pierwsze urządzenie tego typu zaprezentowano pod koniec czerwca 2007 roku), iPadów (kwiecień 2010), na rynku dopiero co zaczęły pojawiać się mobilne komputery osobiste, np. netbooki (pierwszy tani netbook w szerokiej sprzedaży, ASUS Eee PC, pojawił się pod koniec 2007 roku), panowała technologia Flash, która obecnie ustępuje technologii HTML5, a przetwarzanie danych w chmurze (cloud computing) stanowiło jedynie zapowiedź przyszłości. Obecnie możemy jeszcze dodać technologię rzeczywistości rozszerzonej (AR, czyli Augmented Reality) czy też rzeczywistości wirtualnej (VR – Virtual Reality), nie zapominając o możliwościach sztucznej inteligencji (AI – Artificial Intelligence). To są okoliczności, które mają ogromny wpływ zarówno na społeczeństwo i kulturę, jak i literaturę elektroniczną, jako części kultury cyfrowej [1].
Dlatego książka Scotta Rettberga Electronic Literature jest tak ważna. Co prawda publikacji na temat literatury elektronicznej, jej gatunków, zjawisk w niej występujących powstaje dość sporo. Są publikowane na bieżąco, więc osoby zainteresowane mogą bez problemu poznać najistotniejsze elementy tego zagadnienia. Jednak Rettberg zbiera dotychczasowe spostrzeżenia (fragmenty niektórych rozdziałów ukazywały się jako samodzielne artykuły) i przedstawia w zwartej całości w postaci monografii naukowej, która dopiero co pojawiła się na rynku.
Electronic Literature przedstawia więc nowe formy i nowe gatunki literatury elektronicznej. Rettberg omawia między innymi hipertekst, fikcję interaktywną (interactive fiction), literaturę grywalną (gamelike forms), powstającą np. przy wykorzystaniu platformy Twine, poezję kinetyczną czy też interaktywną (kinetic and interactive poetry), która obejmuje poezję wizualną (visual poetry), dźwiękową (sound poetry), poezję opartą o technologię Flash, HTML5, JavaScript, język programowania BASIC, czy też ruchome litery (moving letters). Pisze również o literaturze powstającej w sieci (network writing), rozpatrywanej jako zbiorowe doświadczenie użytkowników Internetu - pisze więc m.in. o utworach opartych na kodzie (codeworks), flarfie, powieściach mejlowych (email novels), twitteraturze (twitter ficion), netprovie czy też o narracjach zbiorowych (collective narrative). Zatem sięga też do zagadnień z pola wspólnot twórczych czy odbiorczych, co można wpisać w pole zagadnień dotyczących komunikacji lub kultury literackiej, a jeszcze szerzej: socjologii literatury.
Rettberg w swojej książce prezentuje piśmienność uwikłaną przede wszystkim w kontekst współczesnych zjawisk cyfrowych, które są dynamiczne, zmienne i nierzadko nieuchwytne. Ponadto autor porządkuje i umiejscawia najbardziej znaczące przykłady również w kontekstach historycznym, technologicznym i kulturowym (a nawet społecznym). Dzięki temu obraz literatury elektronicznej może być pełniejszy i bardziej zrozumiały, przede wszystkim współcześnie. Zresztą, już z okładki książki możemy dowiedzieć się, że Rettberg przekonuje nas, iż literatura elektroniczna wymaga postawy, w której czytamy ją zarówno przez pryzmat zjawisk eksperymentalnych, charakterystycznych dla ruchów awangardowych, a więc początku XX wieku, jak i przez pryzmat wyjątkowych właściwości (afordancji) nowych technologii wykorzystywanych do powstawania i funkcjonowania e-literatury.
Warto dodać, że w blurbach N. Katherine Hayles, Nick Montfort i Robert Coover - a więc jedne z najistotniejszych osobistości świata literatury elektronicznej - zgodnie przyznają, że Electronic Literature Scotta Rettberga to książka z jednej strony rzucająca światło na nowe części całego pola tej literatury, a z drugiej strony stanowiąca znakomity przewodnik po świecie, który już znamy. Nie można więc przegapić tej pozycji i zaniedbać jej lektury.
Sądzę więc, że książka powinna znaleźć się w bibliotece nie tylko badaczy literatury elektronicznej, ale również osób, które interesują się tym specyficznym rodzajem literatury i chcą wiedzieć na jej temat trochę więcej niż to, co można przeczytać z artykułów naukowych czy popularnonaukowych, dostępnych chociażby w sieci. Książka Rettberga została napisana w języku angielskim. Można ją kupić w zagranicznych sklepach internetowych, jednak powinna być wkrótce dostępna również w Polsce. Do tej pory widziałem ją jedynie w katalogu Świata Książki za nawet przystępną cenę (zwłaszcza w stosunku do przeliczenia ceny podstawowej z dolarów na złotówki).
____________
Scott Rettberg, Electronic Literature, Cambridge-Medford 2019.
Rettberg S. (2019) Electronic Literature. Cambridge-Medford: Polity Press.
____________ Przypisy: 1. Flores Leonardo, Offenhartz Jake, Electronic Literature In 2016: Definitions, Trends, Preservation, And Projections, https://entropymag.org/electronic-literature-in-2016-definitions-trends-preservation-and-projections/ (06.09.2018).
Z serii Biblioteki XII wieku ukazała się nowa (po Gatunkach cyfrowych. Instrukcji obsługi) książka Piotra Mareckiego: Między kartką a ekranem. Cyfrowe eksperymenty z medium książki w Polsce. Jak sam tytuł wskazuje, autor podejmuje refleksję na temat książek, mediów cyfrowych i eksperymentów, a w szczególności wybranych technotekstów polskiej kultury. Publikację wydało Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Tytuł książki nawiązuje do publikacji Beetween Page and Screen Amaranthy Borsuk i Brada Bouse’a, wydanej w 2012 roku, co Marecki wyjaśnia dokładnie we wstępie swojej książki. Podobnie jak pojęcie technotekstu, którym posługuje się przy analizie sześciu przykładów: Księgi Słów Wszystkich (z 1975 roku) Józefa Żuka Bruszewskiego, Æ (1991) Roberta Szczerbowskiego, Historii pewnego przypadku (1997) Małgorzaty Dawidek, Big Dick (2013) Wojciecha Bruszewskiego, Archetyptury czasu (2013) Andrzeja Głowackiego oraz Powiek (2013) Zenona Fajfera. Całość stanowi, jak pisze Katarzyna Bazarnik, recenzentka książki, „swego rodzaju kanon, wskazując omawiane dzieła jako punkty kardynalne krajobrazu »kultury późnego druku«”[1].
Istotne jest również to, że Między kartką i ekranem wykracza poza rozpoznania literaturoznawcze i włącza do zasobu narzędzi również te z pola medioznawstwa (głównie z zakresu mediów cyfrowych), historii sztuki czy designu. Marecki przedstawia przykłady, które wymykają się tradycyjnym kategoriom, a także - co najbardziej mnie interesuje - podlegają (lub podlegały w swoim czasie) obiegom różnych rodzajów: od typowego dla książki, czyli księgarskiemu i bibliotecznemu, przez obieg niszowy, po typowy dla utworów z pola sztuk plastycznych, czyli wystawy w galeriach sztuki.
Drugi recenzent publikacji, Andrzej Góźdź, napisał m.in., że „Marecki, w pełni respektując rygory naukowego wywodu, napisał książkę »do czytania«, rzec by się chciało – ogólnohumanistyczną, w której jak w zwierciadle przeglądają się przemiany współczesnej kultury. Pozostając w sferze (ekranowej) piśmienności, zdołał przyjrzeć się skomplikowanemu procesowi cywilizacyjnemu, który tak bardzo odmienił współczesne kultury mediów”[1].
Z kolei nazwa serii nawiązuje do tytułu książki Stanisława Lema, który w XX wieku opublikował tom Biblioteka XXI wieku. Podobnie jak on, autorzy serii zajmują się obszarami, w których teraźniejszość spotyka się z przyszłością. Seria prezentuje to, co w nauce najważniejsze: eksperymenty, połączenie teorii i praktyki, odkrywanie tego, co niezbadane, mapowanie nowego i opisywanie przedstawionego, zatem również to, co związane ze zjawiskami redefiniującymi dotychczasowe pojęcie książki, a więc książki z rozszerzoną rzeczywistością lub książki generowane komputerowo.
Papierową książkę postrzegamy jako przedmiot statyczny i raczej nieinteraktywny. Pojęcie interfejsu z kolei przypisujemy programom komputerowym czy w ogóle sprzętowi elektronicznemu. Ale jak się okazuje, oba światy można połączyć.
Nawet nie chodzi o to, że łączy się elektronikę z papierową przestrzenią książki. O tym zjawisku i o konkretnych przykładach pisałem już wcześniej przy okazji omawiania projektu artystycznego Papier Machine (choć o jeszcze jednym wspomnę na koniec). Tym razem zwróciłem uwagę na pojawienie się czegoś, co możemy określić mianem interfejsu i jego obecności w drukowanych książkach.
Nie podejmę się tutaj rekonstrukcji pojęcia interfejsu, ponieważ to bardzo złożona i niejednoznaczna sprawa. Być może kiedyś nadejdzie moment, by przyjrzeć się temu bliżej. Jednak najprościej rzecz ujmując, interfejsem możemy nazwać to, co pozwala nam komunikować się pomiędzy dwoma „jednostkami” czy też „stronami” tejże komunikacji (rozumianej jako wymiana informacji) – na przykład między użytkownikiem a komputerem, czytelnikiem a książką. Jest to więc przestrzeń, w której dochodzi do interakcji.
Interfejs może być bardziej fizyczny, może nim być np. klawiatura, mysz komputerowa, ekran dotykowy, utożsamiane z dodatkowymi urządzeniami, czy też bardziej elektroniczny lub metaforyczny, np. okno dialogowe, lista opcji do wyboru, menu, przyciski na ekranie. Dzięki tym elementom możemy niejako „powiedzieć” urządzeniu, co chcemy zrobić lub też, co chcemy, aby urządzenie zrobiło. Zasada działa też w drugą stronę. Urządzenie za pomocą różnych okien, komunikatów, kontrolek czy diod informuje nas o różnych działaniach, dzięki którym wiemy, czy na przykład mamy połączenie z siecią, bateria się nie rozładowuje, czy też, że dane pliki właśnie się drukują lub przesyłają do miejsca docelowego.
Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły. Zresztą, nie mam zbyt wyspecjalizowanej wiedzy informatycznej i do całości podchodzę jako samouk i niejako intuicyjnie wskazuję na pewne rozpoznania. W tym kontekście bardziej interesujące jest to, jak możemy „komunikować się” z książką oraz to, jak książka może „komunikować się” z nami.
Sprawa wydaje się prosta i aż nader oczywista, kiedy weźmiemy pod uwagę teksty elektroniczne, czy też te utwory, które funkcjonują w środowisku elektronicznym, np. poezję cybernetyczną czy powieści hipertekstowe. Przede wszystkim dlatego, że nie tyle sam tekst może posiadać interfejs, ile raczej posiada go urządzenie, z którego korzystamy podczas odbioru (nie tylko podczas czytania). Inaczej rzecz ma się w przypadku książek drukowanych.
Emocjonalna książka
Bardzo ciekawe są więc te przykłady, które mają elementy umożliwiające interakcję na zupełnie innym poziomie niż ten elektroniczny, a bardziej fizyczny czy chemiczny. Jak podaje portal „Booklips.pl” holenderskie studio Oak & Morrow przygotowało książkę, która „doprasza się o uwagę czytelnika”, a mianowicie w przypadku, gdy nie zaglądamy do niej od dłuższego czasu, jej okładka traci stopniowo kolory i zaczyna czernieć, czy też jak opisali sami autorzy, „zaczyna smutnieć”. Wszystko dzięki temu, że okładkę pokryto warstwą termicznego nadruku, przez co mamy do czynienia z interakcją cieplną. Trochę jak w przypadku książki „Niewidzialni”, stworzonej przez bezdomnych, dającej się odczytać tylko w niskiej temperaturze, ponieważ tylko wówczas możemy poznać nie tylko treść książki, ale i warunki, w jakich muszą żyć osoby bez dachu nad głową.
Wymiar afektywny książki jest więc tutaj bardzo istotny. Holenderscy projektanci wskazują wprost, że „Rhetoric as the art of design” jest książką, która „wyraża emocje”, a więc pokazuje, czy jest kochana (czyli czytana) czy też nie. Z kolei interakcja z nią jest bardzo prosta. Wystarczy wziąć ją do ręki i otworzyć. W efekcie okłada uzyska swoją świetność i będzie znów kolorowa, a więc odwdzięczy się za okazaną jej miłość.
To bardzo ciekawe i nowatorskie podejście, choć znajduje zastosowanie w książce artystycznej. I zastanawia mnie, na ile da się taką tendencję wpisać w zjawisko personalizacji tekstu lub książki, gdzie związek pomiędzy człowiekiem (użytkownikiem lub czytelnikiem) a książką (tekstem) jest bardzo osobisty, wręcz intymny. Po jednej stronie mamy troskę - jak w powyższym przykładzie, po drugiej zaś „kreatywną” destrukcję - jak w przypadku książek Keri Smith; można więc książki pieścić i dbać o ich komfort, można też robić z nimi przeróżne rzeczy - rozrywać, niszczyć, kolorować itd.
Okładka, która ocenia ciebie
Podobnym projektem również jest dzieło Holendrów, tym razem studia Moore i This Page Cannot Be Found przy współpracy z Marliesem Olbertijnem i Adrienem Jeanjeanem. Jednakże „The Cover That Judges You” stanowi już hybrydę i jest połączeniem świata elektroniki i papieru. Niemniej także dotyczy emocji i uczuć, tym razem ukierunkowanych w stronę odbiorcy. Na przekór powiedzeniu, by nie oceniać książek po okładce, tutaj to książka, czy też okładka, ocenia czytelnika po twarzy.
W dobie biometryzacji, blokowania treści i ich indywidualizacji, rozwiązanie polegające na tym, by książka rozpoznała swojego właściciela czy też udostępniła dostęp do siebie tylko przyjaźnie nastawionym odbiorcom, wydaje się naturalne. Nic więc dziwnego, że ktoś wziął się za zaprojektowanie czegoś takiego. I chyba z takim założeniem twórcy książki „Okładka, która ocenia ciebie” zaimplementowali do kodeksowej formy książki kamerę i technologię rozpoznania twarzy. Dla książki interfejsem będzie nasza twarz, a dla nas kamera i wizerunek twarzy na okładce, która przybiera adekwatny do naszej miny kolor (zielony oznacza odblokowanie zamka i możliwość otwarcia książki). To jest ta przestrzeń, w której dokonuje się interakcja.
Dzięki temu książka niejako broni dostępu do swojej treści. Przeciwstawia się tym, którzy są nastawieni albo zbyt entuzjastycznie albo zbyt wrogo - ciekawe jest właśnie to, że należy mieć neutralny wyraz twarzy, tak, jakby nijaka mimika gwarantowała sympatię względem dzieła. Zatem decyzja znajduje się po tej drugiej stronie, czytelnik musi dostosować się do dzieła, z których chce wejść w interakcję. Właściwie w mniej metaforyczny sposób książka (tekst) daje nam przyzwolenie na lekturę. Nie ma możliwości skorzystania z niej w gniewie czy zbyt dużej radości (choć zastanawia, dlaczego akurat mamy czytać, kiedy nam wszystko jedno).
Sądzę, że tego typu rozwiązanie znalazłoby najlepsze zastosowanie przy tworzeniu literackich gier, lub artefaktów, z którymi interakcja musi nastąpić jeszcze przed głównym rozpoczęciem całej przygody, czy to lektury czy rozgrywki. Gdyby jeszcze dołączyć do tego technologię rozpoznawania linii papilarnych czy wzoru siatkówki oka, mielibyśmy ciekawe przykłady prywatyzacji książek lub treści, do których dostęp byłby dany tylko wybranym (zwrot ku ekskluzywności). W polu literatury póki co - przynajmniej tyle wiem - jest to możliwe jedynie na poziomie treściowym, a nie formalnym (to znaczy każdy indywidualnie odczytuje dany tekst i jego doświadczenie lekturowe jest dane tylko jemu, do tego za każdym razem jest inne). Zobaczymy jednak, co przyniesie czas i ludzka pomysłowość. Czekam na książki z interfejsem głosowym...
Na koniec dodam tylko, że przypomina mi to trochę zjawiska związane z „ożywianiem” tekstu czy też liter oraz czegoś, co określa się mianem bioobrazów, a więc dochodzi tu jeszcze kwestia wykorzystania mikroorganizów do tworzenia projektów paraliterackich. O ożywających obrazach, słowach, tekstach czy literach dużo pisze Monika Górska-Olesińska, trochę też Agnieszka Przybyszewska. Jak tylko znajdę kiedyś chwilę, to może pokrótce coś na ten temat napiszę.
Na początek małe wyjaśnienie. Po pierwsze, dość swobodnie używam tutaj pojęcia remediacji, być może w paru momentach nawet nie do końca zasadnie. Po drugie, po części zjawisko, które zwróciło moją uwagę, nie jest niczym nowym. Podobne rzeczy działy się i dzieją nadal. Niemniej, jest to na tyle ciekawe, że warte osobnego komentarza.
Co prawda swój profil na tym portalu społecznościowym mam, ale już od dawna nie korzystam i tam nie zaglądam, więc nie wiem, jakie trendy teraz tam panują. Nie znałem i nie znam profilu Nosowskiej, nie wiem więc, o czym są i jakie to materiały. Z tego co wyczytałem, to ironiczne i pełne humoru komentarze życia publicznego lub kulisów showbiznesu - jednak w kontekście moich refleksji nie jest istotne.
W obu przypadkach dostrzegam tutaj dwa aspekty. (Na marginesie można wspomnieć o nurcie uncreative writting.) Pierwszy, to remediacja zapisu wideo do zapisu tekstowego. Na swój sposób można powiedzieć, że dochodzi do upiśmiennienia mowy, czyli wtórnego procesu, który już się dokonał przy zwrocie piktorialnym (tutaj bardzo szeroko to ujmuję, sam zwrot – różnie zresztą ujmowany – dotyka nieco bardziej złożonego procesu), czyli przy przejściu od kultury oralnej do kultury piśmiennej. Przekaz ustny uległ remediacji, wkroczył w pole pisma, następnie pismo remediowało do druku, teraz druk i pismo remediują do zapisu cyfrowego. No i jak widać, zapis elektroniczny (tu dodatkowo audiowizualny) remediuje z powrotem do druku. To bardzo ciekawa droga, którą można prosto zapisać w postaci takiego ciągu: oralność -> pismo -> druk -> audio/wideo (mowa) -> tekst pisany (druk).
W pewnym sensie wiąże się to z tym, na co zwracał Mike Sandbothe, pisząc o splotach cyfrowych, obejmującym cztery zjawiska, czy też jak on to określił „transformacje semiotyczne”: upiśmiennienie mowy, oralizacja pisma, ikonizacja pisma, upiśmiennienie obrazu.
Niegdyś zamieniliśmy werbalność, bezpośredniość i kontekstowość przekazu mówionego (rozmowa, opowiadanie przy ognisku, jednoczesna obecność nadawcy i odbiorcy) na zdystansowany, oderwany od kontekstu, czasu i przestrzeni przekaz piśmienny (równoczesność nadawania i odbioru nie jest konieczna, a nierzadko możliwa). Internet sprawił, że powróciliśmy po części do komunikacji kontekstowej i związanej z jednoczesnością, przy czym nie bezpośredniej (bo jednak za pośrednictwem urządzenia, ekranu, interfejsu) i niezwiązanej z miejscem (możemy siedzieć w pokojach na dwóch krańcach świata). Tak teraz przekaz audiowizualny - a więc materiały wideo, tworzone przez Nosowską czy facebookowe dyskusje postaci historycznych, mające swój kontekst, zakorzenione w danym medium i wspólne dla danej społeczności (powiedzmy: wspólnoty fabularnej [przyjmijmy, że można to nazwać wspólnotą fabularną, choć to jednak odnosi się do czegoś innego], czy może wspólnoty narracyjnej) wykraczają poza to medium i wchodzą w nowe miejsce. Zatem odłączają się od kontekstu i medium elektronicznego.
Drugi aspekt to inkluzja technologiczna (tak to określam), czyli włączenie do wspólnoty fabularnej tych osób, które nie są obecne w sieci lub na konkretnych portalach społecznościowych, poprzez zaoferowanie im rozwiązania technologicznego, bardziej przyjaznego ich sposobom komunikacji. Dzięki temu, osoby znajdujące się poza tą strefą, czyli nie korzystające z Internetu lub nie mające konta na Instagramie czy Facebooku, mogą odbierać treści tam zamieszczane, choć w zupełnie innej formie. Nie są w takim ujęciu wykluczone (jednak gdyby spojrzeć na to jeszcze inaczej - taka książka drukowana, zawierająca teksty internetowe, będzie tylko protezą - zależy, jak chcemy na to patrzeć). Inną rzeczą jest dyskurs teorii krytycznych, mówiących, że tekst elektroniczny, cyfrowy lub sieciowy jest wyzwalający wobec tekstu drukowanego, który ze swej natury jest opresyjny, ograniczający (bo jest pewną strukturą, pewną ramą, zajmuje przestrzeń kartki, poza którą nie można wykroczyć). W takim ujęciu czymże byłoby „drukowanie Internetu”? Uwiązaniem sieci na smyczy? Wtłoczeniem jej z powrotem w ramy kodeksowej książki? A może pewną tradycjonalizacją (by nie poruszać tu pojęć konserwatyzmu i powrotu do korzeni) tekstu?
Jakkolwiek tego nie ująć, według mnie tworzy to nowy obieg narracji internetowych i powoduje ich wkroczenie do pola literackiego (drukowanego). Sądzę, że można powiedzieć, że następuje poszerzenie pola obiegu lub znalezienie takiego kanału, który umożliwia przenikanie się tych dwóch światów: elektronicznego, sieciowego i tradycyjnego, drukowanego, a także kanału, który daje możliwości, by narracje z jednego świata mogły pojawiać się w nowej formie w drugim świecie. Oczywiście chodzi mi tu bardziej o kierunek Internet -> druk, bo ruch w drugą stronę jest już oczywisty i nie wymaga szerszych wyjaśnień (wystarczy wskazać hipertekstowe adaptacje znanych dzieł literackich, np. w przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego, adaptacji dokonanej przez Mariusza Pisarskiego).
Na marginesie tylko dodam, że ciekawiłoby mnie jeszcze wydrukowanie Recenzji z Lubimy Czytać, by następnie móc wystawić im recenzję na tymże portalu społecznościowym, które także mogłyby zostać wydrukowane, tworząc tym samym niekończącą się spiralę wzajemnych odniesień i odwołań, taki autotematyczny i samowystarczalny generator treści.
Idąc dalej, o ile często podkreśla się audiowizualizację literatury, o tyle tutaj dochodzi do swoistego utekstowienia (jeśli tak mogę to określić), czy też upiśmiennienia przekazów audiowizualnych. Co prawda nie jest to nic nadzwyczajnego czy nowego. Znane są bowiem przykłady książek, które powstały na bazie filmów (np. saga Gwiezdnych Wojen) lub gier (seria Warhammer*). Pamiętać przy tym trzeba jeszcze, że równoległe funkcjonowanie tekstu literackiego obok tekstu audiowizualnego (np. film, gra, komiks, audycja, spektakl), wykorzystanie uniwersum stworzonego w obrębie danego utworu (jak w powyżej wspomnianych przykładach) czy istnienie gier RPG* (które są w swej istocie fabularne, tekstowe, a także performatywne) wpisuje się w zjawiska transmedialności czy intermedialności. I to także nie jest nowością. Wiele już na ten temat pisano.
Jednakże rzadko spotykaną praktyką - ale teraz, jak widać, popularną - jest drukowanie tych przekazów, które pierwotnie powstały w świecie elektronicznym, nie do końca utożsamianym z tekstami literackimi, drukowanymi. I na to chciałbym zwrócić uwagę. To zaciekawiło mnie najbardziej, ponieważ od dłuższego czasu zastanawiam się nad problemem obiegu tekstów elektronicznych w kontekście socjologii literatury. Oczywiście mogę się w tej chwili narazić świadomym użytkownikom Internetu i bacznym obserwatorom różnych zjawisk, ponieważ pewnie istnieje wiele przykładów wydrukowanych tekstów powstałych w przestrzeni cyfrowej – przykład bardzo świeży: Robbo. Solucje, o czym zresztą pisałem poprzednio – na które sam zwróciłbym uwagę, gdybym odpowiednio długo poszukał. Tutaj jednak dostrzegam istotne różnice, sugerujące mi odmienne podejście do sprawy. Wyczuwam tutaj intuicyjnie, że to nie to samo i poruszamy się na nieco różnych płaszczyznach. Dlatego jak tylko odpowiednio ubiorę to w słowa, od razu napiszę co mam na myśli.
Jeśli jednak ktoś ma swoje przemyślenia i chce wnieść głos w moje rozważania, śmiało – opcja komentarzy jest dostępna, można też napisać do mnie bezpośrednio. Chętnie wejdę w dyskusję, która pomoże uporządkować mi „mgławicę intelektualną”, jaka mi towarzyszy.
____________
* Tutaj muszę dodać małą uwagę: słabo znam się na grach, także tych RPG, dlatego jeśli coś mylę i plączę, będę wdzięczny za wyprostowanie mojego myślenie ze strony osób, które widzą co i jak.
Ukazała się nowa książka naukowa Urszuli Pawlickiej, znanej w środowisku e-literaturoznawców oraz humanistów cyfrowych badaczki. Książka Literatura cyfrowa. W stronę podejścia procesualnego wyszła nakładem Wydawnictwa Naukowego Katedra.
Profesor Wojciech Józef Burszta o książce
Literatura cyfrowa to swoista hybryda intencjonalnych „społeczności praktyki” (w sensie nadanym temu pojęciu przez Ėtienne’a Wengera) i możliwości nowych mediów. Stąd – jak słusznie zauważa autorka tej książki już na wstępie – „napisana dziś praca teoretyczna, jutro okaże się tylko częścią historii”. Krótka jeszcze historia rozważań nad rolą internetu, technologiami komunikacyjnymi czy choćby prace poświęcone telefonom komórkowym sprzed kilku lat dowodnie pokazują, jak niepewne i tymczasowe bywają diagnozy, które w momencie ich formułowania sprawiają wrażenie „przełomowych”. O wiele zatem bezpieczniejsze, i tę drogę wybrała Urszula Pawlicka, jest podejście „procesualne”, analizujące procesy, teorie, praktyki i dokonania literatury w środowisku cyfrowym od momentu ich pojawienia się do dnia dzisiejszego (który najpewniej od jakiegoś czasu jest już zapisem o walorze ledwie historycznym).
O autorce książki
Urszula Pawlicka to doktor literaturoznawstwa. Stypendystka Fulbrighta w Electronic Literature Lab, Creative Media and Digital Culture na Washington State University Vancouver, USA (2014/2015) oraz visiting researcher w English Department na Stony Brook University w Nowym Jorku, USA (2015). Uczestniczka wielu międzynarodowych konferencji (m.in. „The Making of the Humanities VI” na University of Oxford oraz ACLA’s Annual Meeting na Harvard University) i seminariów (m.in. Digital Humanities Summer Institute na University of Victoria w Kanadzie oraz Digital Humanities Research Seminar na University of Helsinki w Finlandii). Publikowała w wielu pismach naukowych (m.in. w „English Studies”, „CLCWeb: Comparative Literature and Culture”, „Teksty Drugie”, „Przegląd Humanistyczny”, „Przegląd Kulturoznawczy”, „Kultura Popularna”, „Czas Kultury”, „Fragile”). Autorka książki (Polska) poezja cybernetyczna. Konteksty i charakterystyka (2012). Obecnie pracuje jako postdoctoral researcher w Media Lab Helsinki na Aalto University w Finlandii, gdzie prowadzi badania poświęcone przemianom infrastrukturalnym i konceptualnym w humanistyce zachodzącym pod wpływem powstania nowej przestrzeni badawczej, jaką jest laboratorium. Zainteresowania: kultura cyfrowa, społeczność badawcza, infrastruktura badań, laboratorium, humanistyka cyfrowa, humanistyka a nauka, socjologia wiedzy naukowej.
Dzisiaj tak trochę na marginesie i bez żadnego planu.
Widząc na twitterowym profilu Instytutu Książki zdjęcie z peruwiańskiej księgarni ulicznej "Kwiat Marii", pomyślałem sobie, że u nas nie jest to bardzo typowy obrazek. W sensie, że jakoś nie uchodzi sprzedawanie książek czy nawet komiksów na ulicy.
No bo wiadomo, książka to przedmiot otoczony szczególnym względem (dla niektórych to nawet fetysz). Jej miejsce to biblioteczna lub księgarniana półka, najlepiej gdzieś wysoko, bo metafora wysokiej półki zobowiązuje. A jeśli coś znajduje się na ulicy, to znaczy, że nie ma zbyt dobrej renomy i ma raczej niską wartość. Do tego jest pospolite, masowe.
Coś ulicznego to także coś taniego, wyświechtanego, słabego oraz dosłownie i w przenośni - brukowego. Jednakże książka to książka, a literatura to literatura. Chyba bez względu na to, gdzie i jak jest sprzedawana. Tak przynajmniej wydaje mi się w tej chwili.
Doprawdy, jeśli ktoś chce kupić książkę, to kupi ją w dyskoncie, w drodze po ser czy warzywa, stojąc w kolejce po piwo czy papierosy. A sprzedawanie prasy, książek i innych podobnych "produktów" na ulicy, przy okazji oferując może kawę, przekąskę czy inne drobiazgi, to chyba nie jest nic niewłaściwego. Nie wspominam już o sklepikach dworcowych.
Oswajamy powoli sprzedaż na poczcie (która przestaje pełnić funkcję poczty, a teraz - w wyniku zakazu handlu w niedzielę - może stać się oazą zakupową w ten dzień), w dyskontach, czy nawet w sklepach spożywczych. Kioski są, wiadomo, bardziej prasowe, ale i tam książkę się spotka.
Jeszcze innym problemem jest, że często w księgarniach - tu mam na myśli pewną konkretną, dużą sieć, sprzedającą nie tylko książki, ale i prasę, wydawnictwa muzyczne, filmowe, artykuły papiernicze i co tylko się da w tym temacie - można kupić też słodycze, czy inne drobne rzeczy spożywcze. Zatem te sfery się mieszają w obu kierunkach.
Problemem może być jedynie poziom i wartość pozycji sprzedawanych "na ulicy". Nie trzeba nikogo przekonywać, że w takich miejscach spotyka się na ogół średnie teksty. Co wcale nie znaczy, że nie trafiają się te naprawdę wartościowe. Sam kiedyś kupiłem Marqueza w okazyjnej cenie w sklepie wielobranżowym, w którym bym się go nie spodziewał.
Na marginesie tylko dodam, że w moim mieście, czyli w Częstochowie, w sezonie letnim, na Placu Biegańskiego co weekend rozkłada się Kiermasz Taniej Książki. Sprzedaje się właściwie nie tylko książki, bo również płyty muzyczne i inne dobra kulturalne. Owszem, nie różni się to może od handlu majtkami na rynku czy warzywami działkowymi gdzieś na ulicy. Jednakże czy nie pomaga to oswoić książki jako przedmiotu i pokazuje, że może być równie podręczna, obecna co dzień, jak inne rzeczy użytku codziennego?
Książka jako artefakt literacki nie musi być przedmiotem otoczonym wielki kultem. Szacunek i przywiązanie to jedno. Aura niesamowitości również swoją drogą. Nie trzeba jednak budować narracji, że książka to klucz uniwersalny do wszechświata, ponieważ skojarzenia bywają zaskakujące: coś wyjątkowego - coś dostępnego dla nielicznych.
Według mnie nie powinniśmy promować czytania jako takiego - tak jak nie promujemy jedzenia jako takiego. Powinniśmy promować czytanie rozważne, świadome i wartościowe. Wtedy czytanie samo w sobie nie byłoby elitarne i nie odstraszałoby tych, którym zdaje się to czymś ekstremalnie trudnym, nawet jeśli to tylko pozory.
Czy książki mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość? Jeśli tak, to jaką? A jak będzie wyglądała książka przyszłości? Na te pytania niejeden już próbował odpowiedzieć. Ja za to postarałem się zebrać te refleksje i sprawdzić, ile mają ze sobą wspólnego.
Tytuł artykułu jest zainspirowany książką pod tytułem Przyszłość książki pod redakcją Geoffreya Nunberga, która ukazała się w Polsce w 2013 roku. Zaś pretekstem do zajęcia się poniższym problemem było opublikowanie przez dziennikarkę Annę Wittenberg zdjęcia przedstawiającego czytników e-booków z fragmentem tekstu Powrotu z gwiazd Stanisława Lema, opisującym opton, czyli urządzenie przypominające współczesne czytniki książek elektronicznych. Autorka podzieliła się swoim odkryciem na Twitterze 20 maja 2016 roku.
W artykule, który ukazał się w książce Częstochowskie rozważania o literaturze, historii i fantastyce, pod naukową redakcją dra Mateusza Dąsala, mgr Justyny Migoń-Sasuły i mgra Łukasza Sasuły, opisuję futurystyczne wizje związane z literaturą, książką, medium książki. I nie chodzi w cale o wizje współczesne, ponieważ sięgam też do przewidywań np. Platona czy Victora Hugo. Oczywiście opisuję również to, o czym pisali m.in. Stanisław Lem, Isaac Asimov czy Ray Bradbury.
Ponadto przyglądam się definicji pojęcia "książka", które wymyka się i często nie daje się zastosować do tych realizacji, które spotykamy chociażby dziś, nie tylko w erze komputera i Internetu. Dla potrzeb artykułu formułuję zgrabną, choć nie do końca ścisłą definicję. Nie starczyło wówczas miejsca i czasu na to, by zaproponować termin, odpowiadający nowatorskim dziełom na przykład z pola liberatury. Być może rozwinę to w osobnym artykule. Niemniej mogę już teraz napisać, że najprawdopodobniej najlepszym określeniem dla tychże realizacji byłby artefakt literacki. Ale o tym innym razem. Tymczasem zapraszam do lektury artykułu.