Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Internet. Pokaż wszystkie posty

22 lipca 2024

Skąd wzięły się wikilinki?

Próbując zrozumieć, na jakich podstawowych rozwiązaniach opiera się program do gromadzenia i przetwarzania wiedzy Obsidian (czyli na formatowaniu Markdown, YAML i łączeniu plików wikilinkami), zadałem sobie pytanie, skąd w ogóle wzięły się tak zwane wikilinki i kiedy to było?

Jak się okazało, odpowiedź nie była taka oczywista i prosta do znalezienia. Wikilinki to wcale nie jest wynalazek Wikipedii, choć wiąże się z nią dość istotnie. Po długich poszukiwaniach stwierdziłem, że należy się wyjaśnienie i odnotowanie tego wszystkiego, aby mogło posłużyć w przyszłości, może także komuś jeszcze.

Zacznę od tego, że nazwa wikilinków słusznie odwołuje się do technologii wiki — i tutaj Wikipedia odgrywa rolę pośrednią. Otóż wiki to forma hipertekstu, a tym samym stron internetowych, które są edytowalne i mogą być w łatwy sposób zmieniane przez ich użytkowników [zob. Anderson Jennifer 2011: 44].

W połowie lat 90. ubiegłego wieku, dokładnie 25 marca 1995 roku, Ward Cunningham uruchomił stronę WikiWikiWeb, mającą z założenia umożliwić wymianę myśli pomiędzy programistami.

Strona dała podstawy do stworzenia oprogramowania wiki (nazywanego też silnikami wiki), które stało się elementem napędzającym wiele innych projektów, tak zwanych klonów Wiki, czyli WikiWikiClones, na przykład UseModWiki autorstwa Clifforda Adamsa.

Zanim przejdziemy do tego ostatniego, ponieważ jego osoba jest tu kluczowa, to należy odnotować, że na podstawie UseModeWiki powstała Wikipedia. Szybko jednak inny programista, Magnus Mansko, tworzył MediaWiki, która następnie stała się silnikiem Wikipedii. Oba rozwiązania swój początek wzięły jednak z pomysłu Cunninghama [zob. Anderson Jennifer 2011: 40].

Dlatego można dojść do wniosku, że choć Wikipedia wykorzystuje technologię wiki, to nie każda wiki to Wikipedia, nawet jak ujmuje to sam Cunningham, z kolei Wikipedia to nie Wiki. Wikipedia nie ma charakteru Wiki, jedynie wykorzystuje niektóre z jej mechanizmów, np. możliwość edytowania artykułów przez jej użytkowników.

Co jednak ma to wspólnego z linkami? Otóż pierwotnie wiki wykorzystywała linkowanie przy użyciu odpowiednio zapisanych wyrażeń. Już po zapisie samych nazw można domyślić się, że chodzi o łączenie wyrazów i zapisanie ich w konwencji CamelCase. Tak wyglądały (i wciąż wyglądają w WikiWikiWeb) hiperłącza.

W 2001 roku Clifford Adams doszedł jednak do wniosku, że taki zapis jest nieczytelny i powoduje nierzadkie problemy, np. w przypadku długich linków, ale przede wszystkim jednowyrazowych, np. Demokracja (Democracy). Adams zauważył, że chcąc podlinkować ten wyraz, najpierw sprawdzał, czy ktoś już tego nie zrobił i jeśli tak, to w jaki sposób, gdyż link mógłby wyglądać następująco: DemoKracja (DemoCracy), DemokracjA (DemocracY) lub DeMokracja (DeMocracy). Różne konwencje stosowane przez różne osoby prowadziły do zamieszania.

W efekcie Adams zastosował inne rozwiązanie, jego zdaniem prostsze i czytelnijesze — podwójny nawias kwadratowy, czyli [[]], który ponadto pozwalał na umieszcanie w linku cyfr i znaków dodatkowych. Swoje linki nazwał FreeLinks, czyli wolnymi linkami (wolnymi łączami).

Zmianę wprowadził 16 lutego 2001 roku w wersji 0.91 UseModWiki: https://www.usemod.org/cgi-bin/wiki.pl?UseModWiki/OldVersions

Rozwiązanie przyjęło się i obecnie jest dość powszechnie stosowane w plikach wykorzystujących formatowanie Markdown czy Org.

Na marginesie dodam, że pewną standaryzacją formatowania wiki było wprowadzenie języka Creole, mającego uspójnić różne konwencje stosowane w wiki [zob. Sauer, Smith, Benz 2007].

Zatem, podsumowując, Wiki Linki, nazywane pierwotnie FreeLinks, pojawiły się na początku 2001 roku w Wikipedii, a właściwie w UseModeWiki Clifforda Adamsa, jako odpowiedź na nieczytelne linki CamelCase wykorzystane przez Warda Cunninghama, autora oprogramowania wiki, służące do budowania stron internetowych w stylu Wiki.

Obsidian korzysta więc z trzech rozwiązań, które pojawiły się na długo przed nim — wikilinki 2001, YAML 2001, Markdown 2004. Aktualnie program jest dodatkowo wyposażony w canvas, czyli obszary pozwalające rozmieszczać różne elementy i tworzyć z nich coś na wzór map myśli.

|

20 maja 2024

Czy blogowanie już umarło?

Pytanie o to, czy blogowanie już umarło, zadaję sobie co jakiś czas. Wciąż nie potrafię jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Czy naprawdę jest tak, że po tych kilkunastu latach, gdy media społecznościowe wzięły górę w internecie, nie ma już sensu blogować w tradycyjnym – takim wczesnointernetowym – rozumieniu?

Przeglądam komentarze pod swoim bodajże pierwszym blogiem (Foliałem – udało mi się znaleźć wyeksportowane archiwum) sprzed, nie wiem, kilkunastu lat, może z 2009 lub 2010 roku (sam blog powstał jesienią 2008 roku), a może trochę później, i jest tam tyle ciekawych rozmów, tylu interesujących ludzi, że aż trudno mi uwierzyć w to, że pisząc bardzo nietypowego bloga w tamtym czasie (był znacznie bardziej niszowy niż ten obecny) mogłem organicznie przyciągać uwagę ludzi, z którymi nierzadko korespondowałem poza blogiem.

A dziś?

Obecnie mój blog, Biblionetoteka, który choć, jak wspomniałem, nie jest tak niszowy, jak tamten, to jednak nie przyciąga żadnej uwagi.

Może gdybym prowadził profil na facebooku (co mam jednak za sobą), lub gdzie indziej (może mastodon?), może bym przyciągnął czyjąś uwagę, choć i tak w to wątpię. Tylko według mnie to nie ma sensu, bo co jest moje na facebooku? Wpisy, na których wyświetlanie i tak nie mam wpływu. Wszystko inne, od interfejsu, przez interakcję z ludźmi, jest generyczne i spłaszczone, zredukowane przez wielką korporację i sprowadzone raczej do kapitalizacji uwagi.

Nic z tym nie mogę potem zrobić, bo wszystko wpada w worek bez dna. Jeśli nie spodoba się teraz, to wg tych korporacji nie spodoba się później. To już nawet na YouTube niektóre filmy potrafią po latach gdzieś wypłynąć na powierzchnię i być oglądane. To jednak są zaskakujące sytuacje i traktowane przez ludzi ze zdumieniem.

Odnoszę wrażenie, że internet obecnie się zepsuł – choć to nie taka nowa obserwacja i pewnie też nie zepsuł się sam z siebie, zepsuły go wielkie korporacje, bogaci biznesmeni, którzy z wolnościowymi hasłami na ustach promaują swoje portale.

Pod tym względem ciekawa jest teoria martwego internetu. Internet nie jest już nastawiony na człowieka, na zwykłego człowieka, który chce i tworzy swoje miejsce w sieci. Teraz mamy do czynienia z internetem wielkich korporacji, monopoli cyfrowych, rządząnych logiką kapitalizmu, wyzyskiwania człowieka celem maksymalnego zysku.

Kto na tym zyskuje? Na pewno nie zwykły człowiek, który chce się podzielić ze światem swoim kawałkiem życia.

Niektórym może się udaje i może te osoby mogą powiedzieć, że jednak oni, właśnie w tej swojej normalności, mają swoje miejsce, są zauważeni, robią coś więcej. Według mnie jednak to są pozory. Ludzie w ogólnym rozrachunku wcale nie widzą, w co są uwikłani i jak bardzo są zależni...

Te świadectwa mnie nie przekonują. A tak się składa, że pisząc te słowa trafiłem na film na YouTube why you should have a youtube channel, który ma przekonywać do tego, że każdy może mieć kanał na YouTube. I oczywiście mieć może, tylko nie jest tak dobrze zbudować coś, jeśli ma się naprzeciw siebie niesprzyjającę warunki na takiej platformie jak YouTube.

Kuya Gian, 2024-02-28, why you should have a youtube channel, https://www.youtube.com/watch?v=Jr4G6bZILGQ (2024-03-07)

Podobnie mam z poniższymi blogowymi wpisami, przedstawiającym pewną diagnozę współczesnego internetu.

Harold Jarche wspomina nawet o pewnej nadziei, dotyczącej tego, że blogowanie może powrócić, jeśli ludzie zorientują się, że to dobry sposob na ucieczkę od drapieżnego kapitalizmu wielkich platform społecznościowych, których nie intresuje nasza osobowość i tworzenie wspólnot.

Piękna nadzieja, jednak czy warta utrzymywania w obecnych czasach?

Blogowanie to wspaniała sprawa, nie trzeba mnie o tym przekonywać, tylko wciąż zastanawiam się, czy to jest coś, co wciąż ma znaczenie, coś, co kogoś szerzej interesuje, co integruje ludzi i sprawia, że chcą tworzyć internetowe społeczości? Nie jestem przekonany... Ale może wciąż tak jest.

|

09 grudnia 2023

Czy możemy wrócić do dawnego Internetu?

Gdy zaczynałem swoją przygodę z internetem pod koniec pierwszej dekady lat dwutysięcznych, tworzenie treści i poznawanie ludzi było znacznie prostsze, przynajmniej teraz tak mi się wydaje.

Pierwsze fora, blogi, autorskie strony internetowe – wszystko to miało swój charakter. Wymiana zdań w komentarzach co prawda niewiele się różniła od tej znanej dziś, wciąż pełno jest trolli i nienawistnych opinii, jednak wyglądała zupełnie inaczej.

Pomyślałem o tym wszystkim w kontekście nieistniejącej już platformy GeoCities i naśladującej i zastępującej ją platformy neocities, na której planuję założyć stronę. Wydaje mi się to znacznie przyjemniejszy i bardziej twórczy sposób tworzenia treści i dzielenia się swoim zdaniem w internecie.

Wielkie platformy tylko sprawiają wrażenie oryginalnych, a tak naprawdę wszystkie poruszają się w tym samym strumieniu świadomości, nie widząc, że właściwie to, czego tam brakuje, to charakter i autorskość. To nie jest już Internet Osobisty.

Ponadto zdumiewa mnie potrzeba subwersywności osób, które tworzą treści na danych platformach, a czemu sprzyjąją producenci tych platform. O czym już pisałem w weblogu z 23 kwietnia 2023 roku.

  • Facebook już dawno przestał być miejscem do budowania relacji międzyludzkich, teraz komunikacja odbywa się na linii klient-marka.
  • Instagram to nie jest już tylko miejsce do dzielenia się swoimi fotografiami, można przecież publikować materiały wideo, do zdjęć dodawać nagrania muzyczne.
  • Twitter już nie istnieje, a po rebrandingu w X stał się platformą, którą trudno zdefiniować – to kolejny kombajn, gdzie jest wszystko, jednak z platrofmy do mikroblogowania, publikowania krótkich postów tekstowych, stał się platformą, gdzie można umieszczać dłuższe teksty, nagrania, a autorzy nierzadko publikują całe wątki, żeby tylko wyjść poza obecne tam ograniczenie (jaki w tym sens?).
  • TikTok to już zupełnie inny świat, widziany przeze mnie jako wiecznie kręcąca się karuzela śmiechu i zabawy, jako kalejdoskop, w którym wyskakują różne kształty i kolory, jednak wciąż te same w kółko i kółko.
  • YouTube poza usługą hostowania materiałów wideo umożliwia publikowanie zdjęć, postów tekstowych, przy czym podobnie jak Facebook staje się platformą, na której dochodzi do relacji na linii klient-marka.

W dzisiejszym internecie jest miejsce na bliskość, na relacje, na oryginalną twórczość, tylko cały czas unoszą się nad tym opary kapitalistycznej logiki spieniężania wszystkiego, co się tylko da – każdej sekundy, każdego słowa. To wygląda trochę, jak przeciąganie liny (uwagi) między twórcami i odbiorcami (podczas gdy i jedni i drudzy są i jednymi i drugimi, każdy każdym po trochu), tylko że tę linę i jej pozycję ustala kto inny – właściciel platformy, w której to przeciąganie trwa.

Dlaczego więc mamy funkcjonować na wielkich platformach?

  • Bo są na niej inni ludzie? No i co z tego? Czy dziś tak trudno jest wejść na czyjąś stronę, aby zobaczyć, co ciekawego opublikował? Dlaczego mam agregować te treści w miejscu, które nawet nie pozwala mi ustalić, jak mam wyświetlać dane materiały?
  • Bo są popularne? No i co z tego? Są popularne, bo ci, którzy jest stworzyli, chcą, aby takie były i ludzie nie myśleli inaczej.
  • Żeby docierać do większej liczby odbiorców? Ale po co? W czyim interesie to jest? Moim? Czy raczej tych, którzy kapitalizują moją twórczość i uwagę moich odbiorców?
  • Żeby moje treści docierały do tych, których interesują? Tylko co z tego, jeśli rozprzestrzenianie się treści w obecnych mediach społeczenościowych podlega logice innej niż ta, która zbliża do siebie ludzi o podobnych zainteresowaniach?

Z pewnością można wymienić tu jeszcze parę innych zagadnień i pytań. Najważniejsze sprowadza się do tego, że wielkie platformy nie są w interesie użytkowników, są w interesie udziałowcówców, inwestorów i reklamodawców, nie są w interesie publicznym, tylko w interesie prywatnym, którego nawet nie możemy poznać.

13 marca 2023

Kiedyś to był Internet!

Osoby, które interesuje historia Internetu, a zwłaszcza polskiego Internetu, nazwisko Marcina Wilkowskiego na pewno znają. Jakiś czas temu na portalu culture.pl ukazał się wywiad, który przeprowadził z nim Filip Lech.

Rozmowa traktuje o pierwszym doświadczeniu webu, jego wczesnej różnorodności, wartości, jaką daje anonimowość online, a także o upadku znaczenia linków we współczesnej sieci i o tym, czemu warto archiwizować memy. Z wywiadu dowiesz się też o tym, jaki jest charakter współczesnej obecności w mediach społecznościowych oraz jaką wagę miało autorskie tworzenie witryn internetowych.

„Dzisiaj, kiedy patrzymy na Internet, nie ma jakiejś otwartości i świeżości. Nie ma też takiego chałupnictwa, które wtedy było powszechne i wydaje mi się wartością, którą warto byłoby zachować.”

Przy tej okazji więc polecam bloga Wilkowskiego: web96.pl, ponieważ estetyką świetnie nawiązuje do wczesnego Internetu (wspaniałe gify!), a do tego opisuje różne (zapewne zapomniane lub nieznane przez młodszych użytkowników) zjawiska, np. takie jak internetowa książka adresowa, obecność Internetu w tak zwanych starych mediach, czyli prasie czy telewizji. Naprawdę polecam. Autor wygrzebuje prawdziwe internetowe perełki.

23 września 2021

Czy Paul Otlet przewidział Internet w 1935 roku?

 Właściwie istnieje sporo tekstów na ten temat, również naukowych. Mnie jednak zainteresowało źródło odpowiedzi na tytułowe pytanie, czy raczej źródło samego pytania.

Szukając bowiem informacji na temat same Paula Otleta oraz jego publikacji, trafiłem na tekst -- czy raczej zestawienie różnych publikacji, dokonane przez -- Anthony'ego Judge'a -- Union of International Associations -- Virtual Organization: Paul Otlet's 100-year hypertext conundrum ? ↗ (Judge 2001), w którym autor wspomina książkę Otleta z 1935 roku, zatytułowaną Monde. Essai d’universalisme. Connaissance du Monde, Sentiment du Monde, Action organisée et Plan du Monde ↗ (Otlet 1935).

Nie miałoby to znaczenia, gdyby nie to, że w cytowanym fragmencie Otlet pisze o technologii pozwalającej zdalnie docierać do publikacji poświęconych dowolnie wybranemu zagadnieniu. Zresztą ideę Otleta związaną z budową systemu pozwalającego połączyć całą dotychczasową naukę -- czy też publikacje -- oraz tworzenie relacji między tą ideą a późniejszą ideą hipertekstu już znałem, to jednak z innych źródeł i w innym kontekście.

Tutaj z kolei pojawiło się coś innego i coś równie ciekawego.

Otóż Otlet we wspomnianej książce (Otlet 1935: 390-391) pisał:

L'homme n'aurait plus besoin de documentation s'il était assimilé à un être devenu omniscient, à la manière de Dieu même. A un degré moins ultime serait créée une instrumentation agissant à distance qui combinerait à la fois la radio, les rayons Röntgen, le cinéma et la photographie microscopique. Toutes les chaoses de l'univers, et toutes celles de l'homme seraient enregistrées à distance à mesure qu'elles se produiraient. Ainsi serait établie l'image mouvante du monde, sa mémoire, son véritable double. Chacun à distance pourrait lire le passage lequel, agrandi et limité au sujet desiré, viedrait se projeter sur l'écran individuel. Ainsi, chacun dans son fauteuil pourrait contempler la création, en son entier ou en certaines de ses parties.

Co Judge przetłumaczył na język angielski w następujący sposób:

Man would no longer need documentation if he were assimilated into an omniscient being - as with God himself. But to a less ultimate degree, a technology will be created acting at a distance and combining radio, X-rays, cinema and microscopic photography. Everything in the universe, and everything of man, would be registered at a distance as it was produced. In this way a moving image of the world will be established, a true mirror of his memory. From a distance, everyone will be able to read text, enlarged and limited to the desired subject, projected on an individual screen. In this way, everyone from his armchair will be able to contemplate creation, as a whole or in certain of its parts.

A ja postarałem się przełożyć na język polski, choć przyznam, że miałem z tym mały kłopot. Dlatego niedoskonałe tłumaczenie wygląda tak:

Człowiek nie potrzebowałby już dokumentacji, gdyby został istotą wszechwiedzącą, jak sam Bóg. W mniejszym stopniu powstałaby technologia działająca na odległość, łącząca radio, promieniowanie rentgenowskie, kino i fotografię mikroskopową. Wszystko zostałoby wówczas zarejestrowane tak, jak zostało wytworzone. W tym sensie powstałby ruchomy obraz świata, prawdziwe zwierciadło pamięci świata. Wszyscy mogliby na odległość czytać tekst, rozszerzony i ograniczony do oczekiwanego zagadnienia, wyświetlany na własnym (osobistym) ekranie. W ten sposób każdy z miejsca własnego fotela będzie w stanie podziwiać stworzenie, jako całość i w jego poszczególnych częściach.

W późniejszym czasie postaram się zarówno udoskonalić tłumaczenie, jak i nieco bardziej sprawdzić ten wątek. Niestety, dotychczas jedynie prześlizgnąłem się po powierzchni.

16 marca 2019

J.R. Carpenter, Fishes and Flying Things jako przykład elitarnego utworu cyfrowego

Czytam artykuł J.R. Carpenter Writing on the Cusp of Becoming Something Else, znajdujący się w świeżo wydanej książce Whose Book is it Anyway? A View from Elsewhere on Publishing, Copyright and Creativity pod redakcją Janis Jefferies i Sarah Kembe.

Cała książka poświęcona jest tematyce praw autorskich i publikowaniu tekstów, a artykuł Carpenter dotyka m.in. problematyki praktyk twórczych, wykorzystujących już istniejące teksty i źródła.

Przy tej okazji pomyślałem, że podrzucę informację na temat utworu Carpenter, o którym wspomina, zwłaszcza, że dotyczy to utworu jej autorstwa z 1995 roku i podaje przy tym ciekawą informację dotyczącą elitarności utworów cyfrowych tego czasu.

Autorka wspomina, że gdy była na stażu naukowym w The Banff Centre for the Arts w Kanadzie w 1995 roku, chciała stworzyć drukowaną książkę, która opowiadałaby historię na okrągło (circular story), a więc taką, która z założenia nigdy się nie kończy.

Carpenter jednak przyznaje, co oczywiste, że kodeksowa forma książki działa tak, że czytelnik docierając do końca książki, kończy też lekturę. Wtedy artyści pracujący w studiu obok zasugerowali Carpenter użycie języka HTML, czyli stworzenie swojego projektu w formie strony internetowej, której ostatnia część mogłaby prowadzić do pierwszej i dzięki temu lektura nie miałaby końca - zapętlałaby się i cyrkulowałaby wciąż na nowo.

Tak powstał webowy utwór (web-based work) zatytułowany Fishes and Flying Things. Carpenter jednak wspomina, że po powrocie ze stażu do Montrealu jej przyjaciele powiedzieli, że ten projekt jest elitarny, ponieważ wiele osób nie ma do niego dostępu, a Internet tego nigdy nie zmieni.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Co zresztą Carpenter zaznacza, pisząc, że Internet z miejsca zastrzeżonego i drapieżnego stał się miejscem znacznie bardziej dostępnym, zwłaszcza jeśli chodzi o praktyki twórcze. Dzięki temu utwór Carpenter jest dostępny do dziś w sieci i spokojnie można go przeczytać.

06 grudnia 2018

Bezprzewodowa poezja, czyli jak czytać poezję internetową bez Internetu

Jak być offline i czytać poezję w sieci? To bardzo proste. Wystarczy, że skorzystamy z hotspota, którego nazwa będzie na przykład wersem wiersza znanego poety.

Literatura cyfrowa oferuje bardzo wiele różnorodnych form obcowania z literaturą. Można jednak zadać sobie pytanie, co stanie się, jeśli umieścimy ją pomiędzy rzeczywistością i wirtualnością, gdzieś na styku strefy offline i online? Z całą pewnością coś, co wkroczy w dotychczas niezajęte przez literaturę pole, które mogło wydawać się martwe lub mało pociągające.

To właśnie miejsce wypełnia hotspot poet, projekt powstały w 2016 roku w Moskwie. Wykorzystuje technologię tworzenia sieci bezprzewodowej i pozwala poznać twórczość czterech wybitnych poetów: Basho, Goethego, Pasternaka i Petrarki. Na całość składają się cztery małe skrzyneczki, zaprojektowane w estetyce kodów QR, z przełącznikiem pozwalającym uruchomić sieć Wi-Fi, której nazwa będzie fragmentem twórczości jednego z proponowanych twórców. Co 10 sekund nazwa zmienia się na nowy wers.



Autorem jest rosyjski artysta ::vtol::, czyli Dmitry Morozov, który zajmuje się tworzeniem instalacji wykorzystujących możliwości sprzętu elektronicznego. Jego dzieła często są interaktywne, a cześć z nich to nowoczesne i eksperymentalne instrumenty muzyczne, jak chociażby elektromagnetyczne organy. Za to hotspot poet łączy w sobie – poza nową technologią, literaturą i pragnieniem ciągłej łączności z Internetem – dodatkowo ideę haktywizmu, szukającego alternatywnych sposobów na publiczne rozpowszechnianie informacji. W tym przypadku chodzi nie tyle o przełamywanie politycznej poprawności, ile o promowanie czytelnictwa i literatury, czyli w efekcie i tak przeciwstawienie się prądowi głównego nurtu.

Jak zaznacza autor, urządzenia są autonomiczne, to znaczy, że nie wymagają dostępności żadnych sieci zewnętrznych. Dlatego nawet jeśli w pobliżu nie będzie możliwe połączenie z Internetem, hotspot poet będzie aktywny i gotowy do użycia. A to dlatego, że udostępniana sieć jest jedynie maską. Nie ma możliwości połączenia się z nią, chodzi bowiem tylko o obserwowanie jej nazwy. Zatem w tym przypadku poezja jest pozornie online, przez co czytelnik znajduje się w pewnym stanie zawieszenia pomiędzy światem realnym, a przestrzenią internetową, do której chce wejść.



Co ciekawe, hotspot poet to wcale nie jedyna tego typu realizacja w świecie e-literatury. Parę miesięcy temu pojawiło się WiFi Poetry holenderskiego programisty i artysty Sylvaina Vriensa, z kolei parę lat temu, w 2013 roku, powstał projekt Wireless Poetry estońsko-hiszpańskiego duetu: Varvary Guljajevy i Mara Caneta. Intencją tego ostatniego było stworzenie całkowicie niewidzialnego i nieuchwytnego utworu, funkcjonującego w powietrzu, w tym przypadku wierszy Eduarda Escoffeta. Zasada działania jest podobna do tej z dzieła Morozova, co tylko pokazuje, że nawet tak wąska szczelina między światem offline i online może być zagospodarowana przez literaturę.

Tekst ukazał się pierwotnie w magazynie "Techsty".

fot. Dmitry Morozov

05 kwietnia 2018

Drukowanie Internetu, czyli nowa remediacja

Na początek małe wyjaśnienie. Po pierwsze, dość swobodnie używam tutaj pojęcia remediacji, być może w paru momentach nawet nie do końca zasadnie. Po drugie, po części zjawisko, które zwróciło moją uwagę, nie jest niczym nowym. Podobne rzeczy działy się i dzieją nadal. Niemniej, jest to na tyle ciekawe, że warte osobnego komentarza.


Właśnie przeczytałem, że Katarzyna Nosowska, wyda książkę, na którą złożą się zapisane treści wideo, które tworzyła na swoim oficjalnym profilu na Instagramie.

Co prawda swój profil na tym portalu społecznościowym mam, ale już od dawna nie korzystam i tam nie zaglądam, więc nie wiem, jakie trendy teraz tam panują. Nie znałem i nie znam profilu Nosowskiej, nie wiem więc, o czym są i jakie to materiały. Z tego co wyczytałem, to ironiczne i pełne humoru komentarze życia publicznego lub kulisów showbiznesu - jednak w kontekście moich refleksji nie jest istotne.

Ważniejsze jest to, że możemy zaobserwować ciekawą tendencję związaną z drukowaniem treści internetowych, narracji audiowizualnych, funkcjonujących pierwotnie w świecie elektronicznym. Jak się okazuje, przypadek Nosowskiej nie jest odosobniony. Podobny zabieg już został wykonany w przypadku jednego z profili na Facebooku, czyli Facecji, na podstawie czego powstała książka Macieja Kaczyńskiego, Patryka Brylińskiego, zawierająca „zbiór wymyślonych rozmów nieżyjących posiadaczy fałszywych kont internetowych”, na przykład Adama Mickiewicza.

W obu przypadkach dostrzegam tutaj dwa aspekty. (Na marginesie można wspomnieć o nurcie uncreative writting.) Pierwszy, to remediacja zapisu wideo do zapisu tekstowego. Na swój sposób można powiedzieć, że dochodzi do upiśmiennienia mowy, czyli wtórnego procesu, który już się dokonał przy zwrocie piktorialnym (tutaj bardzo szeroko to ujmuję, sam zwrot – różnie zresztą ujmowany – dotyka nieco bardziej złożonego procesu), czyli przy przejściu od kultury oralnej do kultury piśmiennej. Przekaz ustny uległ remediacji, wkroczył w pole pisma, następnie pismo remediowało do druku, teraz druk i pismo remediują do zapisu cyfrowego. No i jak widać, zapis elektroniczny (tu dodatkowo audiowizualny) remediuje z powrotem do druku. To bardzo ciekawa droga, którą można prosto zapisać w postaci takiego ciągu: oralność -> pismo -> druk -> audio/wideo (mowa) -> tekst pisany (druk).

W pewnym sensie wiąże się to z tym, na co zwracał Mike Sandbothe, pisząc o splotach cyfrowych, obejmującym cztery zjawiska, czy też jak on to określił „transformacje semiotyczne”: upiśmiennienie mowy, oralizacja pisma, ikonizacja pisma, upiśmiennienie obrazu.

Niegdyś zamieniliśmy werbalność, bezpośredniość i kontekstowość przekazu mówionego (rozmowa, opowiadanie przy ognisku, jednoczesna obecność nadawcy i odbiorcy) na zdystansowany, oderwany od kontekstu, czasu i przestrzeni przekaz piśmienny (równoczesność nadawania i odbioru nie jest konieczna, a nierzadko możliwa). Internet sprawił, że powróciliśmy po części do komunikacji kontekstowej i związanej z jednoczesnością, przy czym nie bezpośredniej (bo jednak za pośrednictwem urządzenia, ekranu, interfejsu) i niezwiązanej z miejscem (możemy siedzieć w pokojach na dwóch krańcach świata). Tak teraz przekaz audiowizualny - a więc materiały wideo, tworzone przez Nosowską czy facebookowe dyskusje postaci historycznych, mające swój kontekst, zakorzenione w danym medium i wspólne dla danej społeczności (powiedzmy: wspólnoty fabularnej [przyjmijmy, że można to nazwać wspólnotą fabularną, choć to jednak odnosi się do czegoś innego], czy może wspólnoty narracyjnej) wykraczają poza to medium i wchodzą w nowe miejsce. Zatem odłączają się od kontekstu i medium elektronicznego.

Drugi aspekt to inkluzja technologiczna (tak to określam), czyli włączenie do wspólnoty fabularnej tych osób, które nie są obecne w sieci lub na konkretnych portalach społecznościowych, poprzez zaoferowanie im rozwiązania technologicznego, bardziej przyjaznego ich sposobom komunikacji. Dzięki temu, osoby znajdujące się poza tą strefą, czyli nie korzystające z Internetu lub nie mające konta na Instagramie czy Facebooku, mogą odbierać treści tam zamieszczane, choć w zupełnie innej formie. Nie są w takim ujęciu wykluczone (jednak gdyby spojrzeć na to jeszcze inaczej - taka książka drukowana, zawierająca teksty internetowe, będzie tylko protezą - zależy, jak chcemy na to patrzeć). Inną rzeczą jest dyskurs teorii krytycznych, mówiących, że tekst elektroniczny, cyfrowy lub sieciowy jest wyzwalający wobec tekstu drukowanego, który ze swej natury jest opresyjny, ograniczający (bo jest pewną strukturą, pewną ramą, zajmuje przestrzeń kartki, poza którą nie można wykroczyć). W takim ujęciu czymże byłoby „drukowanie Internetu”? Uwiązaniem sieci na smyczy? Wtłoczeniem jej z powrotem w ramy kodeksowej książki? A może pewną tradycjonalizacją (by nie poruszać tu pojęć konserwatyzmu i powrotu do korzeni) tekstu?

Jakkolwiek tego nie ująć, według mnie tworzy to nowy obieg narracji internetowych i powoduje ich wkroczenie do pola literackiego (drukowanego). Sądzę, że można powiedzieć, że następuje poszerzenie pola obiegu lub znalezienie takiego kanału, który umożliwia przenikanie się tych dwóch światów: elektronicznego, sieciowego i tradycyjnego, drukowanego, a także kanału, który daje możliwości, by narracje z jednego świata mogły pojawiać się w nowej formie w drugim świecie. Oczywiście chodzi mi tu bardziej o kierunek Internet -> druk, bo ruch w drugą stronę jest już oczywisty i nie wymaga szerszych wyjaśnień (wystarczy wskazać hipertekstowe adaptacje znanych dzieł literackich, np. w przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego, adaptacji dokonanej przez Mariusza Pisarskiego).

Na marginesie tylko dodam, że ciekawiłoby mnie jeszcze wydrukowanie Recenzji z Lubimy Czytać, by następnie móc wystawić im recenzję na tymże portalu społecznościowym, które także mogłyby zostać wydrukowane, tworząc tym samym niekończącą się spiralę wzajemnych odniesień i odwołań, taki autotematyczny i samowystarczalny generator treści.

Idąc dalej, o ile często podkreśla się audiowizualizację literatury, o tyle tutaj dochodzi do swoistego utekstowienia (jeśli tak mogę to określić), czy też upiśmiennienia przekazów audiowizualnych. Co prawda nie jest to nic nadzwyczajnego czy nowego. Znane są bowiem przykłady książek, które powstały na bazie filmów (np. saga Gwiezdnych Wojen) lub gier (seria Warhammer*). Pamiętać przy tym trzeba jeszcze, że równoległe funkcjonowanie tekstu literackiego obok tekstu audiowizualnego (np. film, gra, komiks, audycja, spektakl), wykorzystanie uniwersum stworzonego w obrębie danego utworu (jak w powyżej wspomnianych przykładach) czy istnienie gier RPG* (które są w swej istocie fabularne, tekstowe, a także performatywne) wpisuje się w zjawiska transmedialności czy intermedialności. I to także nie jest nowością. Wiele już na ten temat pisano.

Jednakże rzadko spotykaną praktyką - ale teraz, jak widać, popularną - jest drukowanie tych przekazów, które pierwotnie powstały w świecie elektronicznym, nie do końca utożsamianym z tekstami literackimi, drukowanymi. I na to chciałbym zwrócić uwagę. To zaciekawiło mnie najbardziej, ponieważ od dłuższego czasu zastanawiam się nad problemem obiegu tekstów elektronicznych w kontekście socjologii literatury. Oczywiście mogę się w tej chwili narazić świadomym użytkownikom Internetu i bacznym obserwatorom różnych zjawisk, ponieważ pewnie istnieje wiele przykładów wydrukowanych tekstów powstałych w przestrzeni cyfrowej – przykład bardzo świeży: Robbo. Solucje, o czym zresztą pisałem poprzednio – na które sam zwróciłbym uwagę, gdybym odpowiednio długo poszukał. Tutaj jednak dostrzegam istotne różnice, sugerujące mi odmienne podejście do sprawy. Wyczuwam tutaj intuicyjnie, że to nie to samo i poruszamy się na nieco różnych płaszczyznach. Dlatego jak tylko odpowiednio ubiorę to w słowa, od razu napiszę co mam na myśli.

Jeśli jednak ktoś ma swoje przemyślenia i chce wnieść głos w moje rozważania, śmiało – opcja komentarzy jest dostępna, można też napisać do mnie bezpośrednio. Chętnie wejdę w dyskusję, która pomoże uporządkować mi „mgławicę intelektualną”, jaka mi towarzyszy.

____________
* Tutaj muszę dodać małą uwagę: słabo znam się na grach, także tych RPG, dlatego jeśli coś mylę i plączę, będę wdzięczny za wyprostowanie mojego myślenie ze strony osób, które widzą co i jak.


fot. Kenneth Goldsmith (Public Domain, Wikimedia Commons)

Czytaj więcej…

Zotero 7 Update

Najnowszy update Zotero, czyli wersja programu oznaczona numerem 7, to doprawdy wielka nowość, mimo że zakres wprowadzonych zmian nie jest t...

Możesz przeczytać jeszcze…