notowanie i gromadzenie wiedzy •• kultura cyfrowa i literatura elektroniczna •• cyfrowy flâneuryzm i internetowe wykopaliska •• hipotezotwórstwo •• różne różności i inne sieciowe dziwności
A Prison Strike to nowość[1]. Właściwie z wczoraj. Zwracam na nią uwagę przede wszystkim dlatego, że została opisana jako game poem, czyli łatwo ją przyporządkować do kategorii elektronicznej literatury grywalnej (playable literature). A tym obecnie się zajmuję.
Gra estetyką nawiązuje do dawnych, prostych gier wideo. Z kolei mechanika opiera się na przemierzaniu dwuwymiarowego świata gry, widzianego niejako z góry, przechodzeniu z miejsca na miejsce, spotykaniu różnych postaci i "rozmawianiu" z nimi. Bohaterem, którym się przemieszczamy za pomocą strzałek klawiatury komputera, jest oko. W grę można zagrać na przeglądarce.
Poszczególne wypowiedzi napotkanych postaci lub elementów gry (bo kwestie pojawiają się nie tylko po interakcji z postaciami) tworzą większy tekst, czyli - jak wynika z opisu - wiersz, który ma zwrócić naszą uwagę na szczególny problem. Chodzi mianowicie o strajk amerykańskich więźniów, którzy wyrażają sprzeciw wobec współczesnym formom niewolnictwa. Zainteresowane osoby mogą poznać szerszy kontekst.
Dodam tylko tyle, że A Prison Strike odnosi się do wydarzeń z kwietnia tego roku, związanych z zamieszkami w amerykańskim więzieniu Lee Correctional Institution. W efekcie tego 7 osadzonych zginęło, a 17 zostało rannych. Warto więc zwrócić na nią uwagę z jeszcze jednego powodu.
Stanowi bowiem przykład gry zaangażowanej (serious game)[2: 315-316], w której dostrzec możemy - jak określił to Ian Bogost - retorykę proceduralną[2: 317], a więc to, że gra niesie ze sobą nie tylko rozrywkę, ale przede wszystkim nowy rodzaj ekspersji, perswazję, publicystykę. Zresztą, przy omawianiu gier zaangażowanych Piotr Kubiński pisze również o grach perswazyjnych (persuasive games) oraz grach publicystycznych (newsgames). Jako przykłady podaje gry: Raid Gaza! oraz Save Israel[2: 320-328].
Gry, zwłaszcza te tekstowe (innymi się nie zajmuję, więc nie mogę nic napisać), są świetnym medium do tego typu działań, do przekazywania informacji, do ukrywania czy przemycania pewnych treści i tak dalej. Nie będę już rozpisywał się na temat tego, że A Prison Strike można jeszcze czytać poprzez kategorię panoptikum, oka i wizualności, tego co widać a czego nie widać we współczesnym świecie, neokolonializmu, imprerializmu, polityczności itp. To już pole do popisu dla innych badaczy.
Więcej informacji o studiu, które wykonało grę oraz więcej ich produkcji można podejrzeć na ich stronie, z kolei gra A Prison Strike dostępna jest online na przeglądarki.
__________
[1] Molleindustria, A Prison Strike, 2018, https://molleindustria.itch.io/a-prison-strike (28.08.2018).
[2] Kubiński Piotr, Gry publicystyczne jako część dyskursu współczesności, [w:] Przekaz digitalny. Z zagadnień semiotyki, semantyki i komunikacji cyfrowej, red. Ewa Szczęsna, Kraków 2015.
Caroline Myrberg i Ninna Wiberg w
artykule Screen vs. paper: what is the difference for reading and
learning? pytają, jaka jest różnica między ekranem a papierem,
jeśli chodzi o uczenie się i czytanie [1]. Cóż, sprawa tylko z
pozoru wydaje się taka prosta, choć jest znakomicie opisana w
książce Henninga Lobina, zatytułowanej Marzenie Engelbarta.
Czytanie i pisanie w świecie cyfrowym [2].
Patrząc jednak na problem z dwóch
stron, widać zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki - wiadomo.
Z jednej strony pokutuje wciąż
przeświadczenie, że czytanie tekstu drukowanego jest uważniejsze i
głębsze (cytując Agnieszkę Przybyszewską [3], będzie to lektura
appolińska), z kolei czytanie tekstu z ekranu bardziej
powierzchowne, mniej uważne (lektura dionizyjska). Przywołane przez
badaczki wyniki badań grupy naukowców (Kretzschmar, Pleimling,
Hosemann, Füssel Bornkessel-Schlesewsky, Schlesewsky), mówią, że
traktujemy czytanie jako pewną postawę, zachowanie, niż jako
mierzalny wysiłek poznawczy podczas czytania - stąd częściej
wybieramy tekst drukowany (1: 50).
Na marginesie tylko dodam, że Izabela
Strońska w artykule Literatura is not enough... Literatura a media.
Perspektywa systemowa [4] zwraca uwagę na stereotypowe podejście do
literatury - rozumianej jako przejaw kultury wysokiej oraz mediów -
jako przejawu kultury niskiej (4: 35). Przez co, ze społecznego
punktu widzenia, czytanie czegokolwiek będzie bardziej akceptowalne
niż oglądanie telewizji, czy przeglądanie stron internetowych,
nawet jeśli są to miejsca z ambitnymi treściami.
Ponadto cytowane badania Norwegów z
2013 roku pokazują, że dzięki przestrzenności papieru i
znacznikom czasoprzestrzennym (spatio-temporal markers), czyli na
przykład dzięki temu, że podczas czytania widzimy, ile stron nam
zostało, gdzie dokładnie znajdujemy się w książce, lepiej
zapamiętujemy czytany tekst, a nawet „dotykanie i przewracanie
kartek wspomaga pamięć” (1: 50). Co więcej, Joanna Wrycza-Bekier
w książce poświęconej tworzeniu tekstów internetowych[5], pisze,
że czytanie z ekranu jest o mniej więcej** 25% wolniejsze niż
czytanie z papieru, przede wszystkim dlatego, że „pismo
wyświetlane przez monitor jest zwykle niskiej jakości” oraz że
„Internet kojarzy się nam z oszczędnością czasu” (5: 33). A
według mnie spore znaczenie może mieć również to, że nasze oczy
i mózg inaczej reagują na niebieskie światło ekranu, a inaczej na
naturalne światło (zakładając, że czytamy w dzień) odbite od
papieru. Zresztą, trafiłem kiedyś na wykład Jana Obera z
Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej PAN, który mówił
o nabywaniu umiejętności czytania z perspektywy neurologicznej (i
chyba filozoficznej też), ale jeszcze nie obejrzałem tego materiału
[6].
Z drugiej strony, jak piszą szwedzkie
badaczki, powyższy problem jest bardziej psychologiczny niż
technologiczny (1: 51), ponieważ czytając na przykład teksty
elektroniczne w formie ebooków, wciąż traktujemy je podobnie do
ich drukowanych wersji. Za to jednak teksty wyposażone w dodatkowe
elementy, takie jak materiały audiowizualne, zorganizowane w nieco
inny sposób (fragmentarycznie, asocjacyjnie), które dodatkowo
pozwalają na wchodzenie w interakcję, sprawiają, że użytkownicy
mogą osiągać wyższe wyniki w testach; co więcej uczniowie i
studenci chcą totalnego doświadczenia płynącego z udostępnianych
im materiałów do nauki (1: 52).
Podsumowując, jednym z wniosków
artykułu jest to, że nie można przedkładać słuszności jednej
metody nad drugą, ponieważ musi ona iść w parze z indywidualnymi
preferencjami. Jeśli ktoś lepiej uczy się i zapamiętuje więcej,
czytając tekst drukowany, z takich źródeł powinien korzystać
częściej. Z kolei jeśli ktoś inny woli ekran czy to komputera czy
innego urządzenia, nie powinien ograniczać się do przestrzeni
kartki. Doświadczenie lektury warto urozmaicać. Na końcu badaczki
stwierdzają jeszcze, że piśmienność cyfrowa (digital literacy)
stanie się podstawową umiejętnością wtedy, gdy testy i
sprawdziany będą dostępne tylko w formie cyfrowej (1: 53). A do
tego chyba jeszcze długa droga.
Z kolei dla mnie czytanie, w szerokim
ujęciu tego pojęcia, to coś więcej, niż zwykłe odczytywanie
tekstu. Do tego współcześnie zarówno tekst, jak i czytanie
ulegają przedefiniowaniu i już nie znaczą tyle, ile jeszcze 50 lat
temu, zatem to już wątek na osobną opowieść...
______
* Tytuł jest moim swobodnym
tłumaczeniem tytułu artykułu, do którego się odnoszę w tekście.
** Pomijam tu kwestię, że określenie
„mniej więcej” jest mało naukowe, a przy tej informacji brakuje
jakiegokolwiek odsyłacza do źródła. Wypadałoby to zweryfikować
i potwierdzić. Możliwe, że są jakieś badania na ten temat.
[1] Myrberg Caroline, Wiberg Ninna,
Screen vs. paper. What is the difference for reading and learning?,
Insights 2015, nr 28(2), s. 49-54,
https://insights.uksg.org/articles/10.1629/uksg.236/ (21.08.2018).
[2] Lobin Henning, Marzenie Engelbarta.
Czytanie i pisanie w świecie cyfrowym, tłum. Łukasz Musiał,
Warszawa 2017.
[3] Przybyszewska Agnieszka, Ku
literaturze grywalnej (Kilka uwag wstepnych), Przegląd
Kulturoznawczy 2014, nr 2 (20).
[4] Izabela Strońska, Literatura is
not enough... Literatura a media. Perspektywa systemowa, [w:] Kody
kultury: interakcja, transformacja, synergia, Wrocław 2009,
http://www.ifp.uni.wroc.pl/data/files/pub-6716.pdf (20.02.2018).
[5] Wrycza-Bekier Joanna, Webwriting.
Profesjonalne tworzenie tekstów dla Internetu, Gliwice 2010.
[6] Ober Jan, Nabywanie umiejętności
czytania, jak to robić, by się nie narobić - co znaczy zgodnie z
filozofią?, https://youtu.be/JjC7VUeDmYg
Instytut Badań Literackich wydał nową książkę Ewy Szczęsnej, znanej mi przede wszystkim jako badaczka semiotyki przekazów digitalnych. Książka jest zatytułowana Cyfrowa semiopoetyka i dotyczy tytułowego problemu semiotyki, obecnej w środowisku cyfrowym.
„Znak, którego używają systemy komunikacji cyfrowej, różni się zasadniczo od znaków znanych z innych rodzajów kulturowej komunikacji”. Taką tezę stawia Ewa Szczęsna w swojej najnowszej książce. Jak pisze Zbigniew Kloch, Cyfrowa semiopoetyka jest „propozycją oryginalnej teorii cyfrowej rzeczywistości kultury współczesnej”. Jest także propozycją nowej humanistycznej dyscypliny badawczej, jak zauważa Ryszard Nycz.
Ewa Szczęsna to dr hab., prof. nadzw. Uniwersytetu Warszawskiego, która specjalizuje się w zakresie poetyki, semiotyki, perswazji wieloznakowych, multimedialnych i interaktywnych tekstów kultury współczesnej. Napisała następujące książki: Poetyka reklamy (2001, 2003), Poetyka mediów (2007). Jest współautorką i redaktorką Słownika pojęć i tekstów kultury (2002; 2004) oraz tomów zbiorowych, np. Przekaz digitalny. Z zagadnień semiotyki semantyki i komunikacji cyfrowej (2015); Komparatystyka dzisiaj, t. 1: Problemy teoretyczne (2010), t. 2: Interpretacje (2011); a także współredaktorką serii Projekty Komparatystyki.
Komiksy już dawno temu przestały być utożsamiane z wyłącznie rozrywkową lekturą dla młodszych czytelników. Teraz wygląda na to, że idą dalej. Zrywają z płaszczyzną kartki papieru i wchodzą w świat elektroniczny. Co więcej, korzystają z dodatkowych dobrodziejstw narzędzi cyfrowych, przez co powoli zbliżają się do form filmowych, czy tych znanych z gier komputerowych.
W październiku 2017 roku w sieci ukazał się wyjątkowy komiks autorstwa André Bergsa, zatytułowany Protanopia. Wyjątkowy, bo dostępny w darmowej wersji elektronicznej jako aplikacja oraz w eksperymentalnej formie: animowany, interaktywny, wykonany między innymi w technice 3D. Przeznaczony głównie na iPady i iPhone’y, jednakże autor przygotował też wersję dla urządzeń korzystających z systemów Android.
Tekstowo-obrazową narrację komiksu Bergs umieścił w cyfrowym świecie, czerpiąc z możliwości, jakie daje mu nowa technologia. Wykorzystując silnik Unity, połączył ze sobą elementy animacji 2D i 3D, a wbudowany w urządzenia elektroniczne żyroskop pozwolił mu na wprowadzenie opcji kontroli kąta widzenia, dzięki czemu wzmacniamy poczucie ruchu na ekranie oraz uczestniczenia w opowiadanej historii. Poprzez poruszanie naszym tabletem czy smartfonem możemy zdecydować, z której strony patrzeć na bohaterów komiksu.
Cały proce tworzenia trwał, jak przyznaje autor, około pół roku, choć myśl, by sprawdzić, w jaki sposób komiks w wersji w elektronicznej mógłby funkcjonować w dzisiejszych czasach, towarzyszyła mu od lat. Ostatecznie odbiorca Protanopii ma do dyspozycji siedem stron, tradycyjnie podzielonych na kadry, które dodatkowo możemy wyświetlić osobno. Opowieść nie jest długa, nie ma też skomplikowanej fabuły. Całość rozgrywa się podczas II Wojny Światowej, dokładnie 6 czerwca 1944 roku. Razem z grupą żołnierzy bierzemy udział w lądowaniu na wybrzeżu Normandii. Nie jest to jednak – jak można sądzić po temacie – do końca poważna sprawa. Pointa Protanopii zaskakująco pokazuje, że to raczej surrealistyczny i komiczny komiks, nastawiony bardziej na pokazanie cyfrowych możliwości, niż tworzenie wielopoziomowych narracji. Co wcale nie oznacza, że brakuje tu rozrywki. Wręcz przeciwnie, Protanopia zapewnia dobrą zabawę i humor, tylko że na krótko.
Co więcej, animowana i interaktywna warstwa komiksu jest ograniczona i nie daje takich możliwości, jakich moglibyśmy się spodziewać. Interakcyjność polega na wybieraniu kadrów, na przechodzeniu od sceny do sceny, na kontrolowaniu kąta widzenia poszczególnych ujęć. Właściwie trudno oczekiwać czegoś więcej, jednak sam Bergs przyznaje, że to eksperyment i pierwsza próba “ożywienia” komiksu, którą na pewno będzie rozwiał. Odnotować więc trzeba, że Protanopia proponuje nowatorskie podejście zarówno do medium elektronicznego, jak i formy komiksu. Z całą pewnością wprowadza nowe doświadczenie w pole historii obrazkowych i pokazuje, jak komiksy mogą wyglądać w przyszłości, zbliżając się tym samym swoją estetykę czy mechanikę do filmu lub gry. Podobnie rzecz ma się z inną, tym razem nowością w Polsce*, a mianowicie z paragrafowym komiksem Rycerze. Dziennik bohatera, który autorzy nazywają grą i na okładce wskazują wprost, że “bohaterem jesteś ty”, a więc odbiorca czynnie uczestniczący w świecie przedstawiony**. Komiks rozwija możliwości nielinearnej lektury i pozwala czytelnikom-graczom na podejmowanie decyzji, budowanie swojej postaci oraz podążanie wybraną, zindywidualizowaną ścieżką narracyjną.
Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie "Techsty".
_______________
* Errata względem oryginału: nie "nowość polska", tylko "nowość w Polsce".
** Komiksów paragrafowych jest zdecydowanie więcej. Kiedyś napiszę o tym szerszy artykuł i wymienię parę ciekawych tytułów, bo trochę ich zgromadziłem.
Papierową książkę postrzegamy jako przedmiot statyczny i raczej nieinteraktywny. Pojęcie interfejsu z kolei przypisujemy programom komputerowym czy w ogóle sprzętowi elektronicznemu. Ale jak się okazuje, oba światy można połączyć.
Nawet nie chodzi o to, że łączy się elektronikę z papierową przestrzenią książki. O tym zjawisku i o konkretnych przykładach pisałem już wcześniej przy okazji omawiania projektu artystycznego Papier Machine (choć o jeszcze jednym wspomnę na koniec). Tym razem zwróciłem uwagę na pojawienie się czegoś, co możemy określić mianem interfejsu i jego obecności w drukowanych książkach.
Nie podejmę się tutaj rekonstrukcji pojęcia interfejsu, ponieważ to bardzo złożona i niejednoznaczna sprawa. Być może kiedyś nadejdzie moment, by przyjrzeć się temu bliżej. Jednak najprościej rzecz ujmując, interfejsem możemy nazwać to, co pozwala nam komunikować się pomiędzy dwoma „jednostkami” czy też „stronami” tejże komunikacji (rozumianej jako wymiana informacji) – na przykład między użytkownikiem a komputerem, czytelnikiem a książką. Jest to więc przestrzeń, w której dochodzi do interakcji.
Interfejs może być bardziej fizyczny, może nim być np. klawiatura, mysz komputerowa, ekran dotykowy, utożsamiane z dodatkowymi urządzeniami, czy też bardziej elektroniczny lub metaforyczny, np. okno dialogowe, lista opcji do wyboru, menu, przyciski na ekranie. Dzięki tym elementom możemy niejako „powiedzieć” urządzeniu, co chcemy zrobić lub też, co chcemy, aby urządzenie zrobiło. Zasada działa też w drugą stronę. Urządzenie za pomocą różnych okien, komunikatów, kontrolek czy diod informuje nas o różnych działaniach, dzięki którym wiemy, czy na przykład mamy połączenie z siecią, bateria się nie rozładowuje, czy też, że dane pliki właśnie się drukują lub przesyłają do miejsca docelowego.
Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły. Zresztą, nie mam zbyt wyspecjalizowanej wiedzy informatycznej i do całości podchodzę jako samouk i niejako intuicyjnie wskazuję na pewne rozpoznania. W tym kontekście bardziej interesujące jest to, jak możemy „komunikować się” z książką oraz to, jak książka może „komunikować się” z nami.
Sprawa wydaje się prosta i aż nader oczywista, kiedy weźmiemy pod uwagę teksty elektroniczne, czy też te utwory, które funkcjonują w środowisku elektronicznym, np. poezję cybernetyczną czy powieści hipertekstowe. Przede wszystkim dlatego, że nie tyle sam tekst może posiadać interfejs, ile raczej posiada go urządzenie, z którego korzystamy podczas odbioru (nie tylko podczas czytania). Inaczej rzecz ma się w przypadku książek drukowanych.
Emocjonalna książka
Bardzo ciekawe są więc te przykłady, które mają elementy umożliwiające interakcję na zupełnie innym poziomie niż ten elektroniczny, a bardziej fizyczny czy chemiczny. Jak podaje portal „Booklips.pl” holenderskie studio Oak & Morrow przygotowało książkę, która „doprasza się o uwagę czytelnika”, a mianowicie w przypadku, gdy nie zaglądamy do niej od dłuższego czasu, jej okładka traci stopniowo kolory i zaczyna czernieć, czy też jak opisali sami autorzy, „zaczyna smutnieć”. Wszystko dzięki temu, że okładkę pokryto warstwą termicznego nadruku, przez co mamy do czynienia z interakcją cieplną. Trochę jak w przypadku książki „Niewidzialni”, stworzonej przez bezdomnych, dającej się odczytać tylko w niskiej temperaturze, ponieważ tylko wówczas możemy poznać nie tylko treść książki, ale i warunki, w jakich muszą żyć osoby bez dachu nad głową.
Wymiar afektywny książki jest więc tutaj bardzo istotny. Holenderscy projektanci wskazują wprost, że „Rhetoric as the art of design” jest książką, która „wyraża emocje”, a więc pokazuje, czy jest kochana (czyli czytana) czy też nie. Z kolei interakcja z nią jest bardzo prosta. Wystarczy wziąć ją do ręki i otworzyć. W efekcie okłada uzyska swoją świetność i będzie znów kolorowa, a więc odwdzięczy się za okazaną jej miłość.
To bardzo ciekawe i nowatorskie podejście, choć znajduje zastosowanie w książce artystycznej. I zastanawia mnie, na ile da się taką tendencję wpisać w zjawisko personalizacji tekstu lub książki, gdzie związek pomiędzy człowiekiem (użytkownikiem lub czytelnikiem) a książką (tekstem) jest bardzo osobisty, wręcz intymny. Po jednej stronie mamy troskę - jak w powyższym przykładzie, po drugiej zaś „kreatywną” destrukcję - jak w przypadku książek Keri Smith; można więc książki pieścić i dbać o ich komfort, można też robić z nimi przeróżne rzeczy - rozrywać, niszczyć, kolorować itd.
Okładka, która ocenia ciebie
Podobnym projektem również jest dzieło Holendrów, tym razem studia Moore i This Page Cannot Be Found przy współpracy z Marliesem Olbertijnem i Adrienem Jeanjeanem. Jednakże „The Cover That Judges You” stanowi już hybrydę i jest połączeniem świata elektroniki i papieru. Niemniej także dotyczy emocji i uczuć, tym razem ukierunkowanych w stronę odbiorcy. Na przekór powiedzeniu, by nie oceniać książek po okładce, tutaj to książka, czy też okładka, ocenia czytelnika po twarzy.
W dobie biometryzacji, blokowania treści i ich indywidualizacji, rozwiązanie polegające na tym, by książka rozpoznała swojego właściciela czy też udostępniła dostęp do siebie tylko przyjaźnie nastawionym odbiorcom, wydaje się naturalne. Nic więc dziwnego, że ktoś wziął się za zaprojektowanie czegoś takiego. I chyba z takim założeniem twórcy książki „Okładka, która ocenia ciebie” zaimplementowali do kodeksowej formy książki kamerę i technologię rozpoznania twarzy. Dla książki interfejsem będzie nasza twarz, a dla nas kamera i wizerunek twarzy na okładce, która przybiera adekwatny do naszej miny kolor (zielony oznacza odblokowanie zamka i możliwość otwarcia książki). To jest ta przestrzeń, w której dokonuje się interakcja.
Dzięki temu książka niejako broni dostępu do swojej treści. Przeciwstawia się tym, którzy są nastawieni albo zbyt entuzjastycznie albo zbyt wrogo - ciekawe jest właśnie to, że należy mieć neutralny wyraz twarzy, tak, jakby nijaka mimika gwarantowała sympatię względem dzieła. Zatem decyzja znajduje się po tej drugiej stronie, czytelnik musi dostosować się do dzieła, z których chce wejść w interakcję. Właściwie w mniej metaforyczny sposób książka (tekst) daje nam przyzwolenie na lekturę. Nie ma możliwości skorzystania z niej w gniewie czy zbyt dużej radości (choć zastanawia, dlaczego akurat mamy czytać, kiedy nam wszystko jedno).
Sądzę, że tego typu rozwiązanie znalazłoby najlepsze zastosowanie przy tworzeniu literackich gier, lub artefaktów, z którymi interakcja musi nastąpić jeszcze przed głównym rozpoczęciem całej przygody, czy to lektury czy rozgrywki. Gdyby jeszcze dołączyć do tego technologię rozpoznawania linii papilarnych czy wzoru siatkówki oka, mielibyśmy ciekawe przykłady prywatyzacji książek lub treści, do których dostęp byłby dany tylko wybranym (zwrot ku ekskluzywności). W polu literatury póki co - przynajmniej tyle wiem - jest to możliwe jedynie na poziomie treściowym, a nie formalnym (to znaczy każdy indywidualnie odczytuje dany tekst i jego doświadczenie lekturowe jest dane tylko jemu, do tego za każdym razem jest inne). Zobaczymy jednak, co przyniesie czas i ludzka pomysłowość. Czekam na książki z interfejsem głosowym...
Na koniec dodam tylko, że przypomina mi to trochę zjawiska związane z „ożywianiem” tekstu czy też liter oraz czegoś, co określa się mianem bioobrazów, a więc dochodzi tu jeszcze kwestia wykorzystania mikroorganizów do tworzenia projektów paraliterackich. O ożywających obrazach, słowach, tekstach czy literach dużo pisze Monika Górska-Olesińska, trochę też Agnieszka Przybyszewska. Jak tylko znajdę kiedyś chwilę, to może pokrótce coś na ten temat napiszę.
Na początek małe wyjaśnienie. Po pierwsze, dość swobodnie używam tutaj pojęcia remediacji, być może w paru momentach nawet nie do końca zasadnie. Po drugie, po części zjawisko, które zwróciło moją uwagę, nie jest niczym nowym. Podobne rzeczy działy się i dzieją nadal. Niemniej, jest to na tyle ciekawe, że warte osobnego komentarza.
Co prawda swój profil na tym portalu społecznościowym mam, ale już od dawna nie korzystam i tam nie zaglądam, więc nie wiem, jakie trendy teraz tam panują. Nie znałem i nie znam profilu Nosowskiej, nie wiem więc, o czym są i jakie to materiały. Z tego co wyczytałem, to ironiczne i pełne humoru komentarze życia publicznego lub kulisów showbiznesu - jednak w kontekście moich refleksji nie jest istotne.
W obu przypadkach dostrzegam tutaj dwa aspekty. (Na marginesie można wspomnieć o nurcie uncreative writting.) Pierwszy, to remediacja zapisu wideo do zapisu tekstowego. Na swój sposób można powiedzieć, że dochodzi do upiśmiennienia mowy, czyli wtórnego procesu, który już się dokonał przy zwrocie piktorialnym (tutaj bardzo szeroko to ujmuję, sam zwrot – różnie zresztą ujmowany – dotyka nieco bardziej złożonego procesu), czyli przy przejściu od kultury oralnej do kultury piśmiennej. Przekaz ustny uległ remediacji, wkroczył w pole pisma, następnie pismo remediowało do druku, teraz druk i pismo remediują do zapisu cyfrowego. No i jak widać, zapis elektroniczny (tu dodatkowo audiowizualny) remediuje z powrotem do druku. To bardzo ciekawa droga, którą można prosto zapisać w postaci takiego ciągu: oralność -> pismo -> druk -> audio/wideo (mowa) -> tekst pisany (druk).
W pewnym sensie wiąże się to z tym, na co zwracał Mike Sandbothe, pisząc o splotach cyfrowych, obejmującym cztery zjawiska, czy też jak on to określił „transformacje semiotyczne”: upiśmiennienie mowy, oralizacja pisma, ikonizacja pisma, upiśmiennienie obrazu.
Niegdyś zamieniliśmy werbalność, bezpośredniość i kontekstowość przekazu mówionego (rozmowa, opowiadanie przy ognisku, jednoczesna obecność nadawcy i odbiorcy) na zdystansowany, oderwany od kontekstu, czasu i przestrzeni przekaz piśmienny (równoczesność nadawania i odbioru nie jest konieczna, a nierzadko możliwa). Internet sprawił, że powróciliśmy po części do komunikacji kontekstowej i związanej z jednoczesnością, przy czym nie bezpośredniej (bo jednak za pośrednictwem urządzenia, ekranu, interfejsu) i niezwiązanej z miejscem (możemy siedzieć w pokojach na dwóch krańcach świata). Tak teraz przekaz audiowizualny - a więc materiały wideo, tworzone przez Nosowską czy facebookowe dyskusje postaci historycznych, mające swój kontekst, zakorzenione w danym medium i wspólne dla danej społeczności (powiedzmy: wspólnoty fabularnej [przyjmijmy, że można to nazwać wspólnotą fabularną, choć to jednak odnosi się do czegoś innego], czy może wspólnoty narracyjnej) wykraczają poza to medium i wchodzą w nowe miejsce. Zatem odłączają się od kontekstu i medium elektronicznego.
Drugi aspekt to inkluzja technologiczna (tak to określam), czyli włączenie do wspólnoty fabularnej tych osób, które nie są obecne w sieci lub na konkretnych portalach społecznościowych, poprzez zaoferowanie im rozwiązania technologicznego, bardziej przyjaznego ich sposobom komunikacji. Dzięki temu, osoby znajdujące się poza tą strefą, czyli nie korzystające z Internetu lub nie mające konta na Instagramie czy Facebooku, mogą odbierać treści tam zamieszczane, choć w zupełnie innej formie. Nie są w takim ujęciu wykluczone (jednak gdyby spojrzeć na to jeszcze inaczej - taka książka drukowana, zawierająca teksty internetowe, będzie tylko protezą - zależy, jak chcemy na to patrzeć). Inną rzeczą jest dyskurs teorii krytycznych, mówiących, że tekst elektroniczny, cyfrowy lub sieciowy jest wyzwalający wobec tekstu drukowanego, który ze swej natury jest opresyjny, ograniczający (bo jest pewną strukturą, pewną ramą, zajmuje przestrzeń kartki, poza którą nie można wykroczyć). W takim ujęciu czymże byłoby „drukowanie Internetu”? Uwiązaniem sieci na smyczy? Wtłoczeniem jej z powrotem w ramy kodeksowej książki? A może pewną tradycjonalizacją (by nie poruszać tu pojęć konserwatyzmu i powrotu do korzeni) tekstu?
Jakkolwiek tego nie ująć, według mnie tworzy to nowy obieg narracji internetowych i powoduje ich wkroczenie do pola literackiego (drukowanego). Sądzę, że można powiedzieć, że następuje poszerzenie pola obiegu lub znalezienie takiego kanału, który umożliwia przenikanie się tych dwóch światów: elektronicznego, sieciowego i tradycyjnego, drukowanego, a także kanału, który daje możliwości, by narracje z jednego świata mogły pojawiać się w nowej formie w drugim świecie. Oczywiście chodzi mi tu bardziej o kierunek Internet -> druk, bo ruch w drugą stronę jest już oczywisty i nie wymaga szerszych wyjaśnień (wystarczy wskazać hipertekstowe adaptacje znanych dzieł literackich, np. w przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego, adaptacji dokonanej przez Mariusza Pisarskiego).
Na marginesie tylko dodam, że ciekawiłoby mnie jeszcze wydrukowanie Recenzji z Lubimy Czytać, by następnie móc wystawić im recenzję na tymże portalu społecznościowym, które także mogłyby zostać wydrukowane, tworząc tym samym niekończącą się spiralę wzajemnych odniesień i odwołań, taki autotematyczny i samowystarczalny generator treści.
Idąc dalej, o ile często podkreśla się audiowizualizację literatury, o tyle tutaj dochodzi do swoistego utekstowienia (jeśli tak mogę to określić), czy też upiśmiennienia przekazów audiowizualnych. Co prawda nie jest to nic nadzwyczajnego czy nowego. Znane są bowiem przykłady książek, które powstały na bazie filmów (np. saga Gwiezdnych Wojen) lub gier (seria Warhammer*). Pamiętać przy tym trzeba jeszcze, że równoległe funkcjonowanie tekstu literackiego obok tekstu audiowizualnego (np. film, gra, komiks, audycja, spektakl), wykorzystanie uniwersum stworzonego w obrębie danego utworu (jak w powyżej wspomnianych przykładach) czy istnienie gier RPG* (które są w swej istocie fabularne, tekstowe, a także performatywne) wpisuje się w zjawiska transmedialności czy intermedialności. I to także nie jest nowością. Wiele już na ten temat pisano.
Jednakże rzadko spotykaną praktyką - ale teraz, jak widać, popularną - jest drukowanie tych przekazów, które pierwotnie powstały w świecie elektronicznym, nie do końca utożsamianym z tekstami literackimi, drukowanymi. I na to chciałbym zwrócić uwagę. To zaciekawiło mnie najbardziej, ponieważ od dłuższego czasu zastanawiam się nad problemem obiegu tekstów elektronicznych w kontekście socjologii literatury. Oczywiście mogę się w tej chwili narazić świadomym użytkownikom Internetu i bacznym obserwatorom różnych zjawisk, ponieważ pewnie istnieje wiele przykładów wydrukowanych tekstów powstałych w przestrzeni cyfrowej – przykład bardzo świeży: Robbo. Solucje, o czym zresztą pisałem poprzednio – na które sam zwróciłbym uwagę, gdybym odpowiednio długo poszukał. Tutaj jednak dostrzegam istotne różnice, sugerujące mi odmienne podejście do sprawy. Wyczuwam tutaj intuicyjnie, że to nie to samo i poruszamy się na nieco różnych płaszczyznach. Dlatego jak tylko odpowiednio ubiorę to w słowa, od razu napiszę co mam na myśli.
Jeśli jednak ktoś ma swoje przemyślenia i chce wnieść głos w moje rozważania, śmiało – opcja komentarzy jest dostępna, można też napisać do mnie bezpośrednio. Chętnie wejdę w dyskusję, która pomoże uporządkować mi „mgławicę intelektualną”, jaka mi towarzyszy.
____________
* Tutaj muszę dodać małą uwagę: słabo znam się na grach, także tych RPG, dlatego jeśli coś mylę i plączę, będę wdzięczny za wyprostowanie mojego myślenie ze strony osób, które widzą co i jak.
Generowanie tekstu przez komputer to nic nowego w świecie literatury elektronicznej. Jednakże premiera książki Robbo. Solucja jest wyjątkowa z dwóch powodów. Po pierwsze to pierwsza polska książka wygenerowana przez komputer. Po drugie, tym urządzeniem jest kultowy ośmiobitowy komputer Atari.
Za stworzenie książki odpowiada zespół, w którym znajdują się Piotr Marecki, Wojciech „Bocianu” Bociański, Piotr „Kroll” Mietniowski i Krzysztof „Kaz” Ziembik. Książka drukowana pojawi się na rynku 7 kwietnia nakładem krakowskiego wydawnictwa Korporacja Ha!Art.
Robbo. Solucja to tak naprawdę program komputerowy generujący tekst, stanowiący bazę do późniejszego powstania książki w formie papierowej. Składają się na nie polecenia pochodzące z kultowej gry Robbo, autorstwa Janusza Pelca. I jak w oryginalnej grze, tak w książce jest 56 planet-labiryntów, czyli 56 opisów przejścia.
Możemy więc przeczytać komunikaty typu: Wyceluj w bombę. Przechyl drążek joysticka w prawo. Uważaj na nietoperza. Wejdź w teleportację. Zestrzel latające oczy. Uciekaj w kierunku skrzynki. Odłóż papierosa. Wyceluj w diabełka. Wejdź do kapsuły.
Co więcej Marecki zebrał YouTube'owe komentarze dotyczące gry, stanowiące przerywniki pomiędzy solucjami dla każdej planety. Nie brakuje wśród nich głosów nostalgii i wspomnień: „tamte gry miały duszę i naprawdę tęsknie za moim Atari 65xe, grami na kasetach, klubem komputerowym w mojej wiosce” czy „porty na inne platformy to już nie to samo”.
Jednak na samym tekście się nie kończy. Wersja cyfrowa opatrzona jest muzyką stworzoną przez Piotra Mietniowskiego. Do stworzenia pozostałych elementów książki drukowanej również użyto retro komputerów i starych programów. I tak okładkę książki projektował Krzysztof Ziembik na komputerze Atari ST w programie „Crack Art”. Z kolei skład DTP wykonał Piotr Mietniowski na komputerze Atari TT w programie „Calamus” z 1987 roku, z łamaniem tekstu w programie „Inkaust”, na tej samej platformie.
Książkę należy rozpatrywać pod kątem eksperymentu literackiego i jako kolejną pozycję spod szyldu uncreative writting. Głównie dlatego, że raczej nie jest to książka do czytania, a jedynie do zwrócenia uwagi na możliwości, jakie daje technika, również ta przeszła, już wyparta i nieużywana, choć wskrzeszana przez miłośników i kolekcjonerów starego sprzętu.
– Miała to być literatura ambientowa, czyli literatura niekoniecznie do czytania, ale będąca tłem, tak jak muzyka ambientowa nie jest do słuchania, ale wypełnia otoczenie – tłumaczy Marecki.
Książka nie tylko wykorzystuje możliwości starych komputerów i pokazuje, w jaki sposób możemy generować tekst. To także zwrócenie uwagi na technologiczne przyśpieszenie, związane z rozwojem techniki i nowych mediów, przez co dawne rozwiązania zostają wypierane i zapominane.
– Technologia ma współcześnie krótki żywot. Nowe platformy zabijane są przez nowsze, nowsze przez jeszcze nowsze, jeszcze nowsze przez… – i tak w nieskończoność. Odpowiedzią na to przyspieszenie jest powrót do urządzeń wypartych i martwych – czytamy w opisie książki.
Dlatego można powiedzieć, że cały proces przygotowania książki Robbo. Solucje jest przykładem na archeologię mediów, dziedzinę bardzo popularną w Stanach Zjednoczonych, a u nas dopiero się rozwijającą, choć działającą na przykład pod szyldem demosceny (dla mnie zjawiska jeszcze nieokiełznanego).
Ukazała się nowa książka naukowa Urszuli Pawlickiej, znanej w środowisku e-literaturoznawców oraz humanistów cyfrowych badaczki. Książka Literatura cyfrowa. W stronę podejścia procesualnego wyszła nakładem Wydawnictwa Naukowego Katedra.
Profesor Wojciech Józef Burszta o książce
Literatura cyfrowa to swoista hybryda intencjonalnych „społeczności praktyki” (w sensie nadanym temu pojęciu przez Ėtienne’a Wengera) i możliwości nowych mediów. Stąd – jak słusznie zauważa autorka tej książki już na wstępie – „napisana dziś praca teoretyczna, jutro okaże się tylko częścią historii”. Krótka jeszcze historia rozważań nad rolą internetu, technologiami komunikacyjnymi czy choćby prace poświęcone telefonom komórkowym sprzed kilku lat dowodnie pokazują, jak niepewne i tymczasowe bywają diagnozy, które w momencie ich formułowania sprawiają wrażenie „przełomowych”. O wiele zatem bezpieczniejsze, i tę drogę wybrała Urszula Pawlicka, jest podejście „procesualne”, analizujące procesy, teorie, praktyki i dokonania literatury w środowisku cyfrowym od momentu ich pojawienia się do dnia dzisiejszego (który najpewniej od jakiegoś czasu jest już zapisem o walorze ledwie historycznym).
O autorce książki
Urszula Pawlicka to doktor literaturoznawstwa. Stypendystka Fulbrighta w Electronic Literature Lab, Creative Media and Digital Culture na Washington State University Vancouver, USA (2014/2015) oraz visiting researcher w English Department na Stony Brook University w Nowym Jorku, USA (2015). Uczestniczka wielu międzynarodowych konferencji (m.in. „The Making of the Humanities VI” na University of Oxford oraz ACLA’s Annual Meeting na Harvard University) i seminariów (m.in. Digital Humanities Summer Institute na University of Victoria w Kanadzie oraz Digital Humanities Research Seminar na University of Helsinki w Finlandii). Publikowała w wielu pismach naukowych (m.in. w „English Studies”, „CLCWeb: Comparative Literature and Culture”, „Teksty Drugie”, „Przegląd Humanistyczny”, „Przegląd Kulturoznawczy”, „Kultura Popularna”, „Czas Kultury”, „Fragile”). Autorka książki (Polska) poezja cybernetyczna. Konteksty i charakterystyka (2012). Obecnie pracuje jako postdoctoral researcher w Media Lab Helsinki na Aalto University w Finlandii, gdzie prowadzi badania poświęcone przemianom infrastrukturalnym i konceptualnym w humanistyce zachodzącym pod wpływem powstania nowej przestrzeni badawczej, jaką jest laboratorium. Zainteresowania: kultura cyfrowa, społeczność badawcza, infrastruktura badań, laboratorium, humanistyka cyfrowa, humanistyka a nauka, socjologia wiedzy naukowej.
Dzisiaj tak trochę na marginesie i bez żadnego planu.
Widząc na twitterowym profilu Instytutu Książki zdjęcie z peruwiańskiej księgarni ulicznej "Kwiat Marii", pomyślałem sobie, że u nas nie jest to bardzo typowy obrazek. W sensie, że jakoś nie uchodzi sprzedawanie książek czy nawet komiksów na ulicy.
No bo wiadomo, książka to przedmiot otoczony szczególnym względem (dla niektórych to nawet fetysz). Jej miejsce to biblioteczna lub księgarniana półka, najlepiej gdzieś wysoko, bo metafora wysokiej półki zobowiązuje. A jeśli coś znajduje się na ulicy, to znaczy, że nie ma zbyt dobrej renomy i ma raczej niską wartość. Do tego jest pospolite, masowe.
Coś ulicznego to także coś taniego, wyświechtanego, słabego oraz dosłownie i w przenośni - brukowego. Jednakże książka to książka, a literatura to literatura. Chyba bez względu na to, gdzie i jak jest sprzedawana. Tak przynajmniej wydaje mi się w tej chwili.
Doprawdy, jeśli ktoś chce kupić książkę, to kupi ją w dyskoncie, w drodze po ser czy warzywa, stojąc w kolejce po piwo czy papierosy. A sprzedawanie prasy, książek i innych podobnych "produktów" na ulicy, przy okazji oferując może kawę, przekąskę czy inne drobiazgi, to chyba nie jest nic niewłaściwego. Nie wspominam już o sklepikach dworcowych.
Oswajamy powoli sprzedaż na poczcie (która przestaje pełnić funkcję poczty, a teraz - w wyniku zakazu handlu w niedzielę - może stać się oazą zakupową w ten dzień), w dyskontach, czy nawet w sklepach spożywczych. Kioski są, wiadomo, bardziej prasowe, ale i tam książkę się spotka.
Jeszcze innym problemem jest, że często w księgarniach - tu mam na myśli pewną konkretną, dużą sieć, sprzedającą nie tylko książki, ale i prasę, wydawnictwa muzyczne, filmowe, artykuły papiernicze i co tylko się da w tym temacie - można kupić też słodycze, czy inne drobne rzeczy spożywcze. Zatem te sfery się mieszają w obu kierunkach.
Problemem może być jedynie poziom i wartość pozycji sprzedawanych "na ulicy". Nie trzeba nikogo przekonywać, że w takich miejscach spotyka się na ogół średnie teksty. Co wcale nie znaczy, że nie trafiają się te naprawdę wartościowe. Sam kiedyś kupiłem Marqueza w okazyjnej cenie w sklepie wielobranżowym, w którym bym się go nie spodziewał.
Na marginesie tylko dodam, że w moim mieście, czyli w Częstochowie, w sezonie letnim, na Placu Biegańskiego co weekend rozkłada się Kiermasz Taniej Książki. Sprzedaje się właściwie nie tylko książki, bo również płyty muzyczne i inne dobra kulturalne. Owszem, nie różni się to może od handlu majtkami na rynku czy warzywami działkowymi gdzieś na ulicy. Jednakże czy nie pomaga to oswoić książki jako przedmiotu i pokazuje, że może być równie podręczna, obecna co dzień, jak inne rzeczy użytku codziennego?
Książka jako artefakt literacki nie musi być przedmiotem otoczonym wielki kultem. Szacunek i przywiązanie to jedno. Aura niesamowitości również swoją drogą. Nie trzeba jednak budować narracji, że książka to klucz uniwersalny do wszechświata, ponieważ skojarzenia bywają zaskakujące: coś wyjątkowego - coś dostępnego dla nielicznych.
Według mnie nie powinniśmy promować czytania jako takiego - tak jak nie promujemy jedzenia jako takiego. Powinniśmy promować czytanie rozważne, świadome i wartościowe. Wtedy czytanie samo w sobie nie byłoby elitarne i nie odstraszałoby tych, którym zdaje się to czymś ekstremalnie trudnym, nawet jeśli to tylko pozory.