27 czerwca 2024

Uproszczone wprowadzenie do metody Zettelkasten

Tekst Uproszczone wprowadzenie do metody Zettelkasten zawiera cztery proste kroki prowadzące do skutecznego notowania metodą karteczkowo-indeksową, którą najczęściej nazywa się i utożsamia z Zettelkasten.

Jeśli chcesz od razu przejść do nieco rozszerzonego wprowadzenia, gdzie podaję jeszcze różne szczegóły i przykłady, w tym pretekst dla tego tekstu i swoje rozwiązania niektórych problemów, jakie mogą napotkać początkujący, przejdź od razu do strony: Rozszerzenie wprowadzenia do metody Zettelkasten. Obie wersje co do swojej istoty wcale się nie różnią. Możesz również przeczytać oba eseje - jeden po drugim. Dzięki temu utrwalisz sobie niektóre informacje.

Spis treści

  1. Krok pierwszy: zbieraj notatki
  2. Krok drugi: adresuj notatki
  3. Krok trzeci: indeksuj notatki
  4. Krok czwarty: łącz notatki
  5. Kwestie drugorzędne
  6. Podsumowanie

Krok pierwszy: zbieraj notatki

Rób notatki, po prostu. Notuj to, co uważasz za potrzebne. Zbieraj notatki, drobne zapiski, ważne lub mniej ważne. To może być cokolwiek, co tylko chcesz zachować na przyszłość.

Tutaj nie ma żadnych zasad, ponieważ twoje osobiste notatki mogą dotyczyć właściwie wszystkiego - od listy zakupów, przepisu na ulubiony posiłek, cytat z książki, termin spotkania, ważny pomysł, szkic rysunku.

Wszystko jest notatką - nawet coś, czego nie zapisujesz, tylko zbierasz, np. bilet, paragon, wycinek z prasy czy inny przedmiot, który ma dla ciebie znaczenie. Jest to przedmiot, który ma ci o czymś przypominać, nawet jeśli to tylko wspomnienie.

Krok drugi: adresuj notatki

Nadawaj notatkom jakiś unikalny adres, dzięki czemu będziesz mógł je odnaleźć i zindeksować. To dość istotne, aby się nie pogubić. Adresem może być numer porządkowy, jakiś prosty symbol czy znak, ważne, aby był łatwy do rozpoznania oraz aby nie był powtarzalny.

Wielu sugeruje złożone systemy adresowania notatek, tak, jakby to było coś wyjątkowo skomplikowanego, podczas gdy to jest bardzo prosta sprawa. Przypomnij sobie budowę przypisu bibliograficznego, zwłaszcza w jego bardzo uproszczonej wersji, czyli w stylu harwardzkim (autor-data). Mamy tam nazwisko autora publikacji, datę wydania oraz numer strony, np. Luhmann 1981: 222.

Wyobraź sobie więc, że zamiast nazwisk masz określone nazwy, lub jeszcze lepiej: skróty nazw tematów, które cię interesują i wokół których zbierasz notatki, a które są dla ciebie zrozumiałe, np. sn – sztuka notowania, zk – notowanie metodą zettelkasten.

Następnie wyobraź sobie, że zamiast daty, jak w przypisie, masz numer porządkowy, czyli kolejno: 1, 2, 3, 4... Dzięki temu otrzymasz notatki o adresach: zk1, zk2, zk3, zk4...

To również wprowadza pewien porządek, dzięki któremu notatki na ten sam temat znajdują się blisko siebie.

Krok trzeci: indeksuj notatki

Stwórz prosty i czytelny indeks notatek. To będzie skrót do wyszukania notatek, dotyczących danego zagadnienia.

Korzystając jeszcze raz z analogii do literatury i książek: z pewnością pamiętasz indeksy rzeczowe czy indeksy osobowe w niektórych publikacjach. Zawierają zazwyczaj nazwiska, terminy czy inne powtarzalne hasła, a przy nich znajdują się numery kierujące do stron w danej publikacji, czyli miejsc, gdzie dokładnie pojawiają się wspominane hasła.

To teraz wyobraź sobie, że masz taki sam indeks, zawierający interesujące cię hasła, na przykład:

  • cytaty o herbacie
  • Eco Uberto
  • hipertekst
  • literatura przygodowa
  • Luhmann Niklas
  • pikselowe gry komputerowe

Wówczas w takim indeksie umieszczasz obok tych haseł adresy notatek, bez względu na temat, w jakim się znajdują.

Załóżmy, że Niklas Luhmann przy okazji omawiania metody Zettelkasten (notatka z adresem zk12) wspomniał coś o herbacie i chcielibyśmy to również zachować w odrębnym zbiorze. W takim razie mogę napisać: Niklas Luhmann: zk12 oraz cytaty o herbacie: zk12.

Bardziej zapełniony indeks mógłby wyglądać następująco:

  • cytaty o herbacie: zk12, cc7
  • Eco Uberto: sn3, sn8, lit20, cc19, zk23
  • hipertekst: le9, ow18
  • literatura przygodowa: lit16, lit19, st22
  • Luhmann Niklas: zk2, ow5, zk9, zk12, cc8
  • pikselowe gry komputerowe: kmp22, gk4, in9

Wielu ludzi potraktuje takie hasła i indeks jak zbiór tagów, czyli etykiet. Jeśli więc to ułatwi ci zrozumienie tego zagadnienia, możesz to tak nazywać, samo działanie jednak pozostaje bez zmian.

Krok czwarty: łącz notatki

Ostatni krok to już coś, co przychodzi samo, a na czym nie trzeba się wiele skupiać: łącz swoje notatki, a więc twórz odwołania i przypisy.

Jednakże pamiętaj: nie rób tego za wszelką cenę; nie rób tego, bo tak trzeba, lub bo tak gdzieś ktoś napisał czy powiedział. Taka rada często pojawia się przy tej metodzie i sugeruje, że łączenie notatek to obowiązkowy element. Ale według mnie łączenie to raczej bardzo owocny efekt uboczny, a nie wymóg.

Łączenie notatek wynika z nich samych, przychodzi samo, a sprawę ułatwia to, że masz już ich adresy i indeks. Dzięki temu tworzenie połączeń przychodzi znacznie łatwiej i zdarza się niejako automatycznie.

Dodajesz notatkę sn48 i wiesz, że łączy się to z tym, co zanotowałeś jakiś czas temu w notatce zk32, zatem na tej pierwszej zapisujesz: zob. zk32 lub nawet wprost: podobnie na ten temat jest w notatce zk32, czy też: przeciwne spostrzeżenie znajduje się w notatce zk32. Od ciebie zależy, jak to ujmiesz.

Następnie w notatce zk32 zapisujesz adres: sn48 lub piszesz: łączy się to z sn48. W efekcie obie notatki są już połączone.

Łączyć w ten sposób można wiele notatek. Połączenia mogą rozgałęziać się w wielu kierunkach, a także sięgać wielu poziomów głębokości. Z czasem dostrzeżesz, jak to działa. Jeśli masz adresy i indeksy, połączenia przyjdą same.

Kwestie drugorzędne

Kwestie, które rozważyłbym jako drugorzędne, choć nadal istotne, to: sposób gromadzenia notatek, format notatek i numeracja notatek.

Sposób gromadzenia notatek dotyczy tego, czy notujemy w zwartej formie notesu lub zeszytu czy jednak notujemy karteczkowo: na luźnych kartkach, a może zapisujemy notatki jeszcze inaczej, czyli cyfrowo, na przykład w ulubionym edytorze tekstowym, jak chociażby popularny ostatnio Obsidian.

Format notatek dotyczy tego, w jakim formacie są nośniki notatek, czyli jeśli notujemy ręcznie – notesy lub karteczki, np. format A6, A5 lub jeszcze inny, a jeśli notujemy cyfrowo – poszczególne pliki, np. format markdown (md), org-mode (org) czy może zwykły plik tekstowy (txt).

Numeracja notatek dotyczy adresowania, czyli już omówionej kwestii. W głównej mierze to indywidualna sprawa, jednak podkreślę to raz jeszcze: im prościej, tym lepiej, ponieważ po pierwsze, adres notatki należy rozpoznać, a po drugie, niejednokrotnie trzeba zapisywać i powtarzać go wiele razy, dlatego w ten sposób nie tworzymy sobie dodatkowych problemów.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby adresować i indeksować notatki. To kwestia pierwszorzędna. Drugorzędne jest to, jak to robimy, choć jak sugeruje nazwa tej metody: karteczkowo-indeksowa, optymalnym rozwiązaniem jest notowanie ręczne na kartach indeksowych formatu A6.

Podsumowanie

Podsumowując, cztery proste kroki prowadzące do skutecznego notowania metodą karteczkowo-indeksową, nazywaną popularnie metodą Zettelkasten, to:

  1. zbieranie notatek,
  2. adresowanie notatek,
  3. indeksowanie notatek,
  4. łączenie notatek.

Z tych kroków wynikają kolejne decyzje, co do sposobu gromadzenia notatek, ich formatu i numeracji. Jednak przyswojenie podstawowych zasad — właśnie zbierania, adresowania, indeksowania i łączenia notatek — pozwoli na wypracowanie własnego podejścia, które będzie najlepsze ze wszystkich możliwych.

Nie ma bowiem jednego jedynego sposobu, ponieważ notowanie wynika z tego, jak myślimy, a każdy z nas myśli na swój sposób. Notowania nauczymy się na drodze notowania, a nie poprzez przyswojenie z góry założonych reguł.

Kolejnym etapem tak rozumianego procesu myślenia jest pisanie, czy też esejowanie – a więc budowanie wypowiedzi na podstawie notatek, o czym pisałem w tekście Notowanie i pisanie eseju - dwie podstawowe umiejętności myślenia.

Jeśli teraz chcesz przejść od rozszerzonej wersji tego tekstu, to przejdź do strony: Rozszerzenie wprowadzenia do metody Zettelkasten.

Z kolei jeśli masz pytania, sugestie, lub chcesz dodać coś od siebie, to podziel się tym w komentarzu lub w wiadomości. Z chęcią rozważę opinie innych osób na ten temat. Dzięki temu możemy wspólnie stworzyć poradnik notowania, który będzie uniwersalny i przyda się jak największej liczbie osób.

|

08 czerwca 2024

O artykule „Czy literatura elektroniczna zmienia oblicze współczesnej muzyki?”

Taki artykuł, jak ten, to kompletna strata czasu. Jest jednak ciekawym przykładem na to, jak wyglada tekst prawdopodobnie wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Nie wierze bowiem w to, że taki tekst mógł wyjść spod ręki człowieka.

Dlaczego? Po pierwsze zawiera mnóstwo ogólnikowych, mało precyzyjnych i nierzadko błędnych stwierdzeń. Po drugie powtarza się i nie odpowiada na stawiane pytania. Po trzecie i najważniejsze: autor (bez względu na to, czy to SI czy człowiek) nie mają pojęcia o tym, o czym piszą.

I o ile o muzyce nie mogę się wypowiadać, gdyż to nie jest moja dziedzina, dlatego tego nie krytykuję, o tyle o literaturze elektronicznej jednak mam jakieś pojęcie, więc z tym większą czujnością przeczytałem tekst i z tym większą złośliwością go tutaj wypunktuję.

Przechodząc od razu do najważniejszego wniosku, napiszę, że z tego tekstu na temat literatury elektronicznej możemy dowiedzieć się raczej steku bzdur, niż czegoś ciekawego. Nie polegam więc jego lektury, chyba, że ktoś zechce podjąć się jego dokładniejszej analizy.

Przyglądając się jednak dokładniej, zacznijmy od samego tytułu i pojawiającym się w nim stwierdzeniu w formie pytania: „Czy literatura elektroniczna zmienia oblicze współczesnej muzyki?”.

Autor rozważa bowiem zagadnienie wpływu literatury elektronicznej na muzykę współczesną. I być może nie byłoby w tym nic zaskakującego — w końcu zależność literatury i muzyki, a już w szczególności literatury elektronicznej i muzyki współczesnej (w domyśle elektronicznej) to wdzięczny temat do badań — gdyby nie to, co pojawia się dalej w tekście.

Pytanie w formie „czy literatura elektroniczna zmienia oblicze współczesnej muzyki?” zmierza do odpowiedzi twierdzącej, w przeciwnym razie nie byłoby potrzeby rozważania tej kwestii. Dlatego w dalszej kolejności możemy zadać pytanie o skalę tego wpływu. I tu mamy do czynienia z czymś kuriozalnym.

Okazuje się bowiem, że literatura elektroniczna „staje się coraz bardziej wpływowa w świecie współczesnej muzyki”, „coraz silniej oddziałuje na muzykę instrumentalną elektroniczną” czy też „zmienia oblicze współczesnej muzyki”.

Jednak gdyby tego było mało, to z tego tekstu wynika, że literatura elektroniczna „odgrywa coraz większą rolę w tworzeniu nowych brzmień i dźwięków muzycznych”, a związek między literaturą elektroniczną i muzyką współczesną „będzie się tylko zacieśniał w miarę rozwoju technologii i wzrostu zainteresowania sztuką cyfrową”.

Gdyby ktoś zastanawiał się, jakie możliwości tkwią w tak prezentowanej literaturze elektronicznej, to śpieszę wyjaśnić. Według autora tekstu dzięki literaturze elektronicznej „można tworzyć niespotykane wcześniej timbry i struktury dźwiękowe, a także precyzyjnie kontrolować każdy aspekt brzmienia, od wysokości tonów po ich barwę i kształt fali dźwiękowej”, co więcej literatura elektroniczna pozwoliła na „przetwarzanie sygnałów audio”, ma wpływ na „zdolność do precyzyjnego programowania i sekwencjonowania dźwięków”, a tym samym pozwala na „opracowanie systemów generowania muzyki opartych na algorytmach i sztucznej inteligencji”.

Ogólnie rzecz ujmując, literatura elektroniczna „umożliwiła rozwój innowacyjnych narzędzi produkcyjnych, takich jak syntezatory, programy do przetwarzania dźwięku i cyfrowe stacje robocze” oraz „umożliwiła stworzenie całkowicie nowych brzmień, struktur i środków ekspresji muzycznej”.

Nic więc dziwnego, że optymistyczny tekst autor kończy wyrazem oczekiwania, że „ta fascynująca fuzja w przyszłości będzie zyskiwać na znaczeniu”. Cóż, jeśli omawiany wpływ może być jeszcze większy, a jego rozmach jeszcze okazalszy, to aż trudno sobie wyobrazić jaka niesamowita przyszłość nas czeka.

Na tym można byłoby zakończyć, jednak muszę omówić jeszcze przynajmniej jedno zagadnienie — przywołaną definicję (a raczej coś, co ją pozoruje) literatury elektronicznej. W tekście bowiem pojawia się (i to trzykrotnie!) opis literatury elektronicznej, zgodnie z którym:

Literatura elektroniczna to termin obejmujący różne formy sztuki cyfrowej, w tym programowanie, animacje, wideo, multimedia interaktywne i dzieła hipertekstowe.
Literatura elektroniczna to termin określający różne formy sztuki cyfrowej, w tym oprogramowanie, animacje, multimedia interaktywne i hipertekstowe utwory. Ta interdyscyplinarna dziedzina stanowi interesujące połączenie między sztuką, technologią i nauką.
Literatura elektroniczna to termin obejmujący różne formy sztuki cyfrowej, w tym programowanie, animacje, multimedia interaktywne, wideo, a także dzieła hipertekstowe. Jest to interdyscyplinarna dziedzina łącząca elementy sztuki, technologii i nauki.

Jak widać, autor stara się trafić pod różne frazy wyszukiwania. Pomijam już fakt, że definicja nie jest wyczerpująca i spójna, ona po prostu jest niepoprawna.

I od tego pewnie powinienem zacząć ten komentarz, ponieważ tak zarysowane rozumienie literatury elektronicznej stanowi już wyraźny sygnał, że autor nie ma pojęcia o tym, o czym pisze (czy też generator nie wie, co generuje, bo bazuje na jakichś bzdurnych źródłach), a to pociąga za sobą lawinę dalszych głupot i uogólnień.

Samo błędne zdefiniowanie zagadnienia powoduje, że cokolwiek by nie napisać, to będzie nadawało się do kosza, lub jak w przypadku mojego wpisu, do świetnego ćwiczenia napisania zgryźliwego komentarza, przed czym nie mogłem się powstrzymać.

Nie podaję ani autora omawianego tekstu, ani jego źródła. Jak komuś się chce, znajdzie go w sieci, ja jednak nie chcę mu dawać żadnej okazji do zdobycia nawet pojedynczego kliknięcia.

|

03 czerwca 2024

Wystawa literatury generatywnej w Uniwersytecie Łódzkim

Studenci Uniwersytetu Łódzkiego zaprezentują na wystawie prace z gatunku literatury generatywnej. W ten sposób powstanie połączenie literatury elektronicznej i działania wystawienniczego, wzbogaconego o elementy interaktywne.

Jak informują sami autorzy w opisie wydarzenia na Facebooku oraz jak przekazuje informacja prasowa opublikowana w „Dzienniku Łódzkim”, przygotowane prace zostały zainspirowane twórczością Nicka Montforta.

Jak sugeruje Michał Biesiada z „DŁ” chodzi o Wąwóz Taroko (Taroko Gorge) — prosty utwór generatywny Montforta z 2009 roku, którego kod źródłowy łatwo podejrzeć i wykorzystać, do czego zresztą autor zachęca (z zaproszenia do czego skorzystało wielu twórców).

Przypomnę tylko - za Mariuszem Pisarskim - że pojedynczy plik „składa się ze 135 linijek kodu i nieco ponad 50 słów”. Całość polega na tym, że plik HTML, wykorzystując prosty skrypt napisany w języku JavaScript (początkowo napisany w Pythonie) i korzystając z wcześniej zdefiniowanego słownika wyrazów (jednostek leksykalnych), generuje wiersz w określony sposób. I robi to właściwie w nieskończoność, na bieżąco usuwając wcześniej wygenerowane wersy i dokładając nowe.

Myślę więc, że na wystawie możemy spodziewać się czegoś podobnego.

Jak czytamy w tekście z „DŁ”, prace autorów mają poruszać rozmaitą problematykę, zaczynając od rozważań nad ludzką egzystencją („Generator życia” autorstwa Zuzanny Cieślak), poprzez wątki popkulturowe (nawiązująca do „Matrixa” praca „The One” wykonana przez Yana Abmetkę), skończywszy na komentarzach społecznych; ponadto czytamy, że na wystawie znajdą się trzy stanowiska komputerowe, a uczestnicy wystawy „będą mogli włączyć się w proces twórczy poprzez interakcję”.

Autorkami i autorami prac są: Yan Abmetka, Nikita Buinitski, Ernest Kranc, Maja Wiosna, Vlada Yermolayeva, Adam Zygmunt, Maryia Patapenkava, Zuzanna Cieślak i inni — studentki i studenci II i III roku kierunku Nowe Media i Kultura Cyfrowa Uniwersytetu Łódzkiego. Prace zostały wykonane w ramach kursu Literatura Elektroniczna, prowadzonego przez dr Monikę Górską-Olesińską.

Wystawa potrwa bardzo krótko. Dla publiczności zostanie udostępniona w terminie 4-5 czerwca 2024 roku. Będzie można ją zobaczyć na Wydziale Filologicznym UŁ.

Tyle informacji. W tym kontekście mój komentarz jest następujący.

Niewiele wiadomo o samych utworach i całym projekcie. Nawet źródła w postaci strony uczelni nie informują o tym wydarzeniu, a dopiero w momencie redagowania ostatecznej wersji tego wpisu znalazłem wspomniane na początku wydarzenie na Facebooku. (Nie wykluczam, że w czasie przygotowania wpisu pojawią się jakieś informacje.)

Pomijam już fakt, że inne media zajmujące się literaturą elektroniczną nie przekazują informacji na ten temat.

A piszę o tym dlatego, że sam staram się (z trudem) popularyzować wiedzę na temat literatury elektronicznej oraz że po napisaniu rozprawy naukowej na temat obiegu literatury elektronicznej wciąż dostrzegam, że zarówno obieg samej literatury, jak i informacji na jej temat jest dość ograniczony lub nawet zamknięty (do samych zainteresowanych osób).

Trudno w takich okolicznościach oczekiwać, aby ten rodzaj literackiej (i nie tylko literackiej) twórczości był znany szerszej publiczności. Trudno też chcieć się nią zajmować i chyba jeszcze trudniej znaleźć do tego motywację.

Mam nadzieję, że takie prace, jak te wspomnianych studentów, zostaną gdzieś szerzej zaprezentowane i omówione, że zostaną zauważone, a jeśli te konkretne wykorzystują kod Montforta, to być może znajdą się na liście prac derywatywnych (pochodnych), umieszczonej na jego stronie.

Mam tym większą nadzieję, że autorki i autorzy zechcą kontynuować swoją przygodę z literaturą elektroniczną lub kulturą cyfrową.

20 maja 2024

Czy blogowanie już umarło?

Pytanie o to, czy blogowanie już umarło, zadaję sobie co jakiś czas. Wciąż nie potrafię jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Czy naprawdę jest tak, że po tych kilkunastu latach, gdy media społecznościowe wzięły górę w internecie, nie ma już sensu blogować w tradycyjnym – takim wczesnointernetowym – rozumieniu?

Przeglądam komentarze pod swoim bodajże pierwszym blogiem (Foliałem – udało mi się znaleźć wyeksportowane archiwum) sprzed, nie wiem, kilkunastu lat, może z 2009 lub 2010 roku (sam blog powstał jesienią 2008 roku), a może trochę później, i jest tam tyle ciekawych rozmów, tylu interesujących ludzi, że aż trudno mi uwierzyć w to, że pisząc bardzo nietypowego bloga w tamtym czasie (był znacznie bardziej niszowy niż ten obecny) mogłem organicznie przyciągać uwagę ludzi, z którymi nierzadko korespondowałem poza blogiem.

A dziś?

Obecnie mój blog, Biblionetoteka, który choć, jak wspomniałem, nie jest tak niszowy, jak tamten, to jednak nie przyciąga żadnej uwagi.

Może gdybym prowadził profil na facebooku (co mam jednak za sobą), lub gdzie indziej (może mastodon?), może bym przyciągnął czyjąś uwagę, choć i tak w to wątpię. Tylko według mnie to nie ma sensu, bo co jest moje na facebooku? Wpisy, na których wyświetlanie i tak nie mam wpływu. Wszystko inne, od interfejsu, przez interakcję z ludźmi, jest generyczne i spłaszczone, zredukowane przez wielką korporację i sprowadzone raczej do kapitalizacji uwagi.

Nic z tym nie mogę potem zrobić, bo wszystko wpada w worek bez dna. Jeśli nie spodoba się teraz, to wg tych korporacji nie spodoba się później. To już nawet na YouTube niektóre filmy potrafią po latach gdzieś wypłynąć na powierzchnię i być oglądane. To jednak są zaskakujące sytuacje i traktowane przez ludzi ze zdumieniem.

Odnoszę wrażenie, że internet obecnie się zepsuł – choć to nie taka nowa obserwacja i pewnie też nie zepsuł się sam z siebie, zepsuły go wielkie korporacje, bogaci biznesmeni, którzy z wolnościowymi hasłami na ustach promaują swoje portale.

Pod tym względem ciekawa jest teoria martwego internetu. Internet nie jest już nastawiony na człowieka, na zwykłego człowieka, który chce i tworzy swoje miejsce w sieci. Teraz mamy do czynienia z internetem wielkich korporacji, monopoli cyfrowych, rządząnych logiką kapitalizmu, wyzyskiwania człowieka celem maksymalnego zysku.

Kto na tym zyskuje? Na pewno nie zwykły człowiek, który chce się podzielić ze światem swoim kawałkiem życia.

Niektórym może się udaje i może te osoby mogą powiedzieć, że jednak oni, właśnie w tej swojej normalności, mają swoje miejsce, są zauważeni, robią coś więcej. Według mnie jednak to są pozory. Ludzie w ogólnym rozrachunku wcale nie widzą, w co są uwikłani i jak bardzo są zależni...

Te świadectwa mnie nie przekonują. A tak się składa, że pisząc te słowa trafiłem na film na YouTube why you should have a youtube channel, który ma przekonywać do tego, że każdy może mieć kanał na YouTube. I oczywiście mieć może, tylko nie jest tak dobrze zbudować coś, jeśli ma się naprzeciw siebie niesprzyjającę warunki na takiej platformie jak YouTube.

Kuya Gian, 2024-02-28, why you should have a youtube channel, https://www.youtube.com/watch?v=Jr4G6bZILGQ (2024-03-07)

Podobnie mam z poniższymi blogowymi wpisami, przedstawiającym pewną diagnozę współczesnego internetu.

Harold Jarche wspomina nawet o pewnej nadziei, dotyczącej tego, że blogowanie może powrócić, jeśli ludzie zorientują się, że to dobry sposob na ucieczkę od drapieżnego kapitalizmu wielkich platform społecznościowych, których nie intresuje nasza osobowość i tworzenie wspólnot.

Piękna nadzieja, jednak czy warta utrzymywania w obecnych czasach?

Blogowanie to wspaniała sprawa, nie trzeba mnie o tym przekonywać, tylko wciąż zastanawiam się, czy to jest coś, co wciąż ma znaczenie, coś, co kogoś szerzej interesuje, co integruje ludzi i sprawia, że chcą tworzyć internetowe społeczości? Nie jestem przekonany... Ale może wciąż tak jest.

|

11 maja 2024

Moje początki z Emacsem i porzucenie Obsidiana

Zastananawiałem się nad tym, kiedy poznałem Emacsa i od kiedy tak naprawdę zacząłem z niego korzystać. Ciekawi mnie moje przejście w pracy z tekstem od Obsidiana (którym się zachwyciłem w połowie 2020 roku i porzuciłem jeszcze przed wydaniem wersji 1.0) do Emacsa (który realnie usprawnił wiele zadań, zwłaszcza korzystanie z klawiatury).

Nie odnotowałem tych faktów dokładnie, lecz jak już pisałem na początku roku we wpisie z 2024-01-01, w Emacsie zacząłem logować na początku listopada 2022 roku (loguję tu do dziś). Próbowałem prześledzić drogę pisania na temat Emacsa w Obsidianie, bo tam wówczas gromadziłem większość swojej wiedzy.

Z pewnością na Emacsa wpadłem w połowie 2022 roku. Zaczęło się od zainteresowania Vimem, z którym zacząłem eksperymentować w swojej pracy jesienią 2021 roku, kiedy zaciekawiła mnie obecność skrótów klawiszowych Vima w Obsidianie. Siłą rzeczy, szukając informacji i porad na temat Vima, trafiłem na teksty poświęcone sporom między użytkownikiami Vima i Emacsa — mnie to jednak niezbyt obchodziło, postanowiłem wypróbować też Emacsa.

Ostatecznie do tego programu przekonały mnie właściwie dwie rzeczy.

Po pierwsze, byłem wtedy pod wielkim wrażeniem pracy Protesilaosa Stavrou, znanego jako Prot, który używa Emacsa i popularyzuje wiedzę na jego temat, a także udostępnia swoje materiały i zasoby (notabene dzięki niemu korzystam z fontu Iosevka oraz ciemnego motywu). Zwróciłem szczególną uwagę na jego program Denote, służący właśnie do notowania i gromadzenia wiedzy.

Po drugie, w wyniku czytania o klawiaturach odkryłem i zacząłem oglądać materiały Xah Lee (co ciekawe, trafiłem na niego na Twitterze, czytając wpisy Marcina Wicharego, który pracował wtedy nad książką poświęconą historii klawiatur — Shift Happens). Dodatkowo to, że mogłem oglądać kogoś kto rzeczywiście pracuje z klawiaturą Kinesis Advantage2 i w Emacsie, a nie tylko o tym mówi i nagrywa mało zrozumiałe tutoriale, wydało mi się bardzo ożywcze.

Muszę przyznać, że pomimo swojej ekscentryczności, transmisje Xah Lee są bardzo intrygujące i nierzadko zawierają mnóstwo mało znanych informacji. Poza tym stanowią autentyczne sesje pracy, a nie wyreżyserowane filmy, tak popularne na YouTube, z których ostatecznie niewiele wynika.

Dzięki niemu poznałem tryb pracy w Emacsie jego autorstwa, czyli xah-fly-keys. I to było odkrycie!

Dzięki temu nie tylko przekonałem się do Emacsa, ale też usprawniłem swoją pracę z klawiaturą i w końcu odczułem ulgę w bólu towarzyszącym przy długotrwałych sesjach pisania. Pomogła w tym też klawiatura Ergodox EZ — która nie jest doskonała i optymalna, jednak to najlepsza klawiatura, na jaką mnie obecnie stać, a której używam od początku 2022 roku — oraz program Karabiner Elements.

To wszystko (i pewnie parę innych spraw) złożyło się, że zacząłem poważniej pracować w Emacsie, a także coraz rzadziej zaglądać do Obsidiana, za rozwojem którego już nie nadążałem i którego popularność zaczęła mnie irytować (sam nie wiem dlaczego).

Ostatecznie przejście od Obsidiana do Emacsa nastąpiło na przełomie jesieni i zimy 2022 roku, kiedy postanowiłem zbudować Biblionetotekę, do tego jednak w formie HTML. Emacs wydał mi się do tego doskonałym narzędziem. I tak już zostało.

Do Obsidiana jednakże mam spory sentyment.

W końcu spędziłem w nim mnóstwo czasu, poświęciłem mu wiele uwagi i napisałem większość rozprawy doktorskiej przy jego użyciu, co było tym przyjemniejsze, wiedząc, że autorzy programu inspirowali się pracą Douglasa Engelbarta, który mnie wtedy bardzo fascynował.

Górę jednak wzięła codzienna praktyka. Pisanie tekstu w stabilnym edytorze, który w pełni umożliwia korzystanie wyłącznie z klawiatury, jest dla mnie ostatecznym argumentem za Emacsem. Jednak nie zmienia to faktu, że Obsidian to świetne narzędzie, warte uwagi.

Kiedyś na pewno napiszę szczegółowo, dlaczego wybrałem Emacsa i porzuciłem Obsidiana (choć wciąż z niego korzystam, bo przeglądam starsze notatki i gromadzę zaznaczenia z Hypothes.is), tym bardziej, że na ten temat zacząłem notować już rok temu (i na co ja jeszcze czekam?!).

Zajęcia akademickie z metody Zettelkasten

W Instytucie Filozofii i Socjologii Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie odbywają się zajęcia akademickie z metody Zettelkasten. Myślę, że to ciekawa sprawa i warty odnotowania fakt.

Już jakiś czas temu zauważyłem, że w ofercie APS znajdują się zajęcia fakultatywne o nazwie „Stwórz sobie drugi mózg. Metoda Zettelkasten w praktyce dla studiów pierwszego stopnia”. Prowadzącym zajęcia jest dr Jarosław Maciej Janowski.

Choć o samych zajęciach trudno napisać coś więcej na podstawie opisu przedmiotu, to warto zwrócić uwagę chociażby na pojawiające się odwołania do terminów takich jak Drugi Mózg (Second Brain), czyli koncepcji Tiago Forte, Inteligentne Notatki (Smart Notes), czyli koncepcji opisanej przez Sönke Ahrensa, programu Obsidian, no i oczywiście do tytułowej metody Zettelkasten, czyli metody notowania i gromadzenia wiedzy przypisywanej Niklasowi Luhmannowi.

Interesuje mnie nie tyle sama treść zajęć - tutaj właściwie możemy się domyślać wpisania w popularny trend dotyczący gromadzenia wiedzy, stanowiący mieszankę różnych podejść (tak naprawdę Zettelkasten i Second Brain nie stoją zbyt blisko siebie, choć często są ze sobą kojarzone) - ile rzeczywiste efekty i opinie wśród studentów.

Według mnie studenci powinni docenić takie zajęcia, nawet jeśli to niezobowiązujący fakultet. Pamiętam, że mnie w trakcie studiów brakowało konkretnych informacji i przykładów dotyczących warsztatu badawczego, nawet pomimo takich przedmiotów, jak nauki pomocnicze czy metodologia badań.

Pewnie to też tylko jednostkowy przykład, jednakże napawający nadzieją, że gdzieś ktoś kogoś uczy tego, jak sprawnie uczyć się samemu i zdobywać wiedzę, która posłuży dłużej niż do najbliższej sesji egzaminacyjnej.

Na koniec jeszcze muszę odnotować, że (chyba) poza tokiem akademickiego nauczania o notowaniu i zdobywaniu wiedzy mówi też dr Joanna Karolina Skurzak na swoim kanale YouTube Filozofia jest kobietą. Nawet jeśli robi to po godzinach pracy, to domyślam się, że jako prowadząca zajęcia na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie z przedmiotu „Warsztat cyfrowego humanisty” i tak wspomina o różnych podejściach i narzędziach notowania.

10 maja 2024

Gatunki cyfrowe. Historie mówione (nowość wydawnicza)

Właśnie ukazał się drugi tom książki „Gatunki cyfrowe” Piotra Mareckiego. Po opublikowanej w 2018 roku „Instrukcji obsługi” przyszła pora na „Historie mówione”. Jak więc możemy się spodziewać, jest to — podobnie zresztą jak w przypadku pierwszego tomu — zbiór wywiadów z osobami związanymi z naukowym i artystycznym środowiskiem cyfrowym.

Marecki Piotr, 2024, Gatunki cyfrowe 2. Historie mówione, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków.

W opisie wydawniczym czytamy, że bohaterami i bohaterkami książki są osoby programujące, projektujące, hakujące, tworzące muzykę, grafikę i literaturę w obszarze mediów cyfrowych: Sebastian „Seban” Igielski, Magdalena „Corny” Krawczyk, Mateusz „Jakim” Szymański, Mateusz „Jokov” Osajda, PikkuMyy, Monika Górska-Olesińska, Bartek „V0yager” Dramczyk, Jan K. Argasiński oraz Natalia Balska.

Dzięki temu uzyskujemy okazję do poznania zestawu siedmiu praktyk kultury cyfrowej, takich jak crackscena, moduły, pixel art, literatura grywalna, poezja demosceny, rzeczywistość wirtualna oraz sztuczne sieci neuronowe. Rozmowy są zwrócone w kierunku platform, jakich używają osoby praktykujące do produkcji utworów cyfrowych (Atari, Amiga, Atari ST, Xbox Kinect, Vive, Arduino).

Książka została zrealizowana w UBU labie na Uniwersytecie Jagiellońskim w oparciu o metodologię badań nad platformami Nicka Montforta i Iana Bogosta i wydana nakładem Wydawnictwa UJ.

We wstępie do książki Marecki pisze:

Projektując tę książkę, chciałem opowiedzieć o bliskim mi rozumieniu kultury cyfrowej. Takim, w którym na równi przyglądamy się zjawiskom cyfrowym sprzed paru dekad, jak i współczesnym platformom i artefaktom. W projekcie tym docenione są mniej obecne fenomeny cyfrowego świata, inne od tych najbardziej obecnych i komercyjnych (jak na przykład gry cyfrowe). Faworyzowane są za to z kolei gatunki i praktyki graniczne, hybrydy, krzyżówki, jak literatura grywalna czy poezja demosceny, przy czym gatunki cyfrowe badane są w ścisłym połączeniu z platformą, na którą powstają. Wspólnie z bohaterkami i bohaterami rekonstruujemy lokalny kontekst, wernakularną cyfrowość (vernacular digitality), znajdujemy sposoby, jak afirmatywnie opowiedzieć o zjawiskach wsobnych, endemicznych i odrębnych.
Ze wstępu Piotra Mareckiego

Z kolei w recenzji profesor Marcin Składanek pisze:

Książka jest doskonałym przewodnikiem po niejednorodnym środowisku komputerowej kultury, kroniką jej początków i rozwoju nakreśloną przez jej uczestników i świadków owych przemian. Co istotne, przyjmując jako wyjściową perspektywę praktyka i uczestnika, przekonujemy się po raz kolejny o znaczeniu platformy technologicznej, gdyż to jej zmiany i modyfikacje określają zasadniczą dynamikę historycznych ewolucji cyfrowych gatunków. Owa tytułowa kategoria odsłania szereg paradoksów badania złożonej rzeczywistości postmedialnej. Z jednej bowiem strony przyjęcie dystynktywnego i dzielącego zjawiska pojęcia gatunku wydaje się dyskusyjne wobec płynności i hybrydyczności kultury technologicznej. Stale podsuwane rozmówcom Piotra Mareckiego pytanie o definicję i różnicę gatunkową nastręcza im wiele trudności, wymusza nakładanie na intuicyjnie przez nich wyodrębniane fenomeny jakiejś zewnętrznej oraz nazbyt sztywnej kategoryzacji. Z drugiej jednak strony w niemal każdym przypadku ten wysiłek przynosi istotne zrozumienie omawianych zjawisk. Mówiąc wprost, wyłaniająca się w trakcie rozmów gatunkowość jest określana przez ową adekwatną dla badań współczesnej cyfrowej kultury formułę elastycznej, płynnej, perspektywicznej, opartej na podobieństwach rodzinnych, transwersalnej matrycy mapowania krajobrazu dynamicznych praktyk społecznych. Dzięki temu czytelnik zaopatrywany jest każdorazowo w być może nierzadko ledwo uchwytne i opatrzone dziwnym neologizmem, ale jednak efektywne i niezbędne narzędzie nawigacji po skomplikowanych przestrzeniach demosceny czy meandrycznych terytoriach technologicznych subkultur.
Z recenzji dr. hab. Marcina Składanka, prof. UŁ

Od siebie tylko dodam, że drugi tom nie odbiega znacząco od tego, co znamy z tomu pierwszego. Jest po prostu naturalną kontynuacją podjętego wysiłku zmapowania cyfrowego krajobrazu twórczości rodzimych, czyli naszych, polskich, twórców, zwłaszcza przez pryzmat swoistych, czyli znów naszych, polskich (lub szerzej: środkowoeuropejskich) praktyk, definiowanych i opisywanych poprzez mało znane — a może nawet egzotyczne — gatunki kultury cyfrowej, która obejmuje również obszar praktyk społecznych.

Dlatego książki takie, jak ta, stanowią dobre źródło wiedzy na temat szeroko pojętej kultury, w której mieści się zarówno działalność twórcza, jak i technologia lub warunki ekonomiczno-społeczne.

21 kwietnia 2024

Rieck: dlaczego warto pisać

Bastian Rieck we wpisie Why Write? na swoim blogu pisze o pisaniu jako wyjątkowym narzędziu komunikacji. Udziela tym samym trzech odpowiedzi na pytanie: dlaczego warto pisać.

Odpowiedź pierwsza: pisanie pozwala uporządkować myśli. A to co najważniejsze i co punktuje autor, to fakt, że pisanie pokazuje co rozumiemy, a co nie, ponieważ może nam się wydawać, że coś rozumiemy, ale tak naprawdę tak nie jest i pisanie pozwala nam to dostrzec.

Odpowiedź druga: pisanie angażuje innych z pola tej samej dyscypliny lub z innych obszarów. Jednak myślę, że to nie kwestia pisania, tylko publikowania. Oczywiście, aby publikowanie docierało do ludzi, trzeba dobrze pisać, a żeby dobrze pisać, trzeba pisać.

Odpowiedź trzecia: tekst powinien zawierać, przekazywać pewną opowieść. Opowieść ułatwia zrozumienie treści, przedstawiane zagadnienie. Z jednej strony rada dotyczy stosowania praktyki snucia opowieści, z drugiej strony sugeruje, że pisanie w ten sposób pozwoli udoskonalić warsztat opowiadacza.

I właściwie tyle. Rieck nie rozpisuje się zbytnio. Nawet po przeczytaniu całości stwierdzam, że jedynie pierwsza odpowiedź odnosi się bezpośrednio do pisania. Druga dotyczy skutków pisania, a nie pisania samego w sobie, z kolei trzecia odpowiedź to sprawa właściwości pisania.

Tekst napisałem 2024-02-06, przejrzałem ponownie 2024-04-21.

17 marca 2024

Trudna sztuka zachowania dzieł literatury elektronicznej

Nakładem wydawnictwa Cambridge University Press ukazała się właśnie książka The Challenges of Born-Digital Fiction: Editions, Translations, and Emulations. Jej autorami są Dene Grigar i Mariusz Pisarski.

Publikacja dotyczy tematu dostępności i obiegu literatury elektronicznej, szczególnie przykładów pochodzących z wczesnych faz jej rozwoju, czyli tych zrodzonych cyfrowo, cyfrowo rdzennych (born-digital).

We wstępie wydania internetowego, autorzy zaznaczają, że tym, co wyróżnia przygotowaną publikację, jest wprowadzenie dwóch istotnych elementów dotyczących zachowywania literatury rdzennie cyfrowej (born-digital preservation): przekładu medialnego (media translation) i konserwacji cyfrowej (born-digital conservation).

Co równie istotne, to fakt, że książka dotyka również kwestii obiegu literatury elektronicznej, w jej aspekcie zarówno cyfrowym, jak i materialnym, czyli tym związanym z nośnikiem.

The significance of the project is that it introduces two important concepts relating to born-digital preservation: media translation and born-digital conservation. While other scholars discuss translating and preserving born-digital literature and art, we demonstrate––with many examples––how the form and material context of a born-digital work impact our understanding of its integrity as it migrates across platforms, languages and reading communities.
Grigar Dene, Pisarski Mariusz, 2024, The Challenges of Born-Digital Fiction: Editions, Translations, and Emulations, Cambridge University Press. https://scalar.usc.edu/works/the-challenges-of-born-digital-fiction--editions-translations-and-emulations/abstract (2024-03-17).

Publikacja składa się z czterech części, poświęconych tytułowym zagadnieniom.

  1. Emulation, czyli emulacja dzieła literackiego, a więc przeniesienie utworu do nowego, ale możliwie zbliżonego do pierwotnego środowiska cyfrowego, choć, na co zwracają uwagę autorzy, przyczynia się to do utraty pozajęzykowych elementów dzieła literackiego, związanych chociażby z fizycznym doświadczeniem odbioru;
  2. Migration and Translation, czyli przekład dzieła literackiego, który poza zwykłym tłumaczeniem z jednego języka naturalnego na drugi, zakłada przekład medialny, adaptację cyfrową, również mającą wpływ na rezultat podjętych działań, ponieważ nierzadko wiąże się ze zmianą kodu, platformy, interfejsu;
  3. Editions and Versions, czyli wydania i wersje, co ma znaczenie chociażby w przypadku ustalenia kanoniczności danego dzieła;
  4. Restoration and Reconstruction, czyli ostateczny efekt podjętych prac, a więc udostępnienie zachowanego dzieła, udokumentowanie jego historii, zmian, podjętych działań, czyli raczej to, co bardziej interesuje badaczy literatury elektronicznej, niż jej zwykłych odbiorców.

Zatem, jak już pisze sam Pisarski na łamach magazynu „Techsty”, publikacja odnosi się między innymi do kwestii przekształceń technologicznych, wpływających nie tylko na dzieło literackie samo w sobie, ale również na obieg literatury.

Elektroniczna proza i poezja wraz z rozwojem technologii i zmianą praktyk czytelniczych w świecie cyfrowym poddane są poważnym, często dramatycznym przekształceniom. Nowy system, nowy sprzęt, nowa platforma niemal każdorazowo stawiają autora i czytelnika przed nową sytuacją komunikacyjną: czy utwór wciąż da się czytać tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy pojawił się na komputerowym ekranie? czy arsenał interakcji i paleta multimedialna nie zostały naruszone? czy utwór w ogóle da się uruchomić?
Pisarski Mariusz, 2024.03.14, Wyzwania literatury cyfrowej: edycje, przekłady, emulacje, „Techsty”, https://techsty.art.pl/akt/Wyzwania_literatury_cyfrowej.html (2024-03-17).

Co więcej, a co autorzy wspominają w zakończeniu [Grigar, Pisarski 2024: 75], to nie tylko sprawa rozwoju technologicznego, ale również korporacyjnego interesu.

Stan literatury elektronicznej – a myślę, że internetu i mediów społecznościowych w ogóle – wynika z rachunku opłacalności, a nie autotelicznych wartości. Dlatego tak ważne jest zachowywanie zabytków literatury elektronicznej, do których dostęp możemy utracić z prozaicznego powodu braku obecności w obiegu rynkowym technologii wykorzystanej w procesie tworzenia.

The current state of born-digital literature is always a precarious one endangered not only by technological innovation but also by corporate interests – both of which often outstrip concerns for maintaining cultural heritage.
Grigar, Pisarski 2024: 75

Zachowanie przykładów literatury elektronicznej nabiera dodatkowej wagi, jeśli weźmiemy pod uwagę spostrzeżenie, którym autorzy kończą książkę, dotyczące tego, że mamy jeszcze dostęp do ówczesnej technologii, zarówno urządzeń, jak i oprogramowania, oraz przede wszystkim zdecydowana większość osób, które tworzyły literaturę elektroniczną, wciąż żyje i może służyć pomocą [Grigar, Pisarski 2024: 76].

What we need in order to fulfill the dream of a world that values our cultural history is the recognition that the born-digital literature we are losing is, first, worth saving, and, second, requires attention now while the physical media and hardware are still available to digital preservationists and the artists and publishers who produced them are still among us to guide preservation activities that ensure integrity.
Grigar, Pisarski 2024: 76

W związku z tym warto też zwrócić uwagę na internetowe spotkanie premierowe, które odbędzie się 22 marca 2024, a na którym o książce opowiedzą nie tylko autorzy publikacji – Dene Grigar i Mariusz Pisarski, ale również twórcy literatury elektronicznej, która jest przedmiotem wspomnianej publikacji. Zatem będzie można porozmawiać między innymi z Judy Malloy, Michaelem Joyce'em i Stuartem Moulthropem. Szczegóły w zapowiedzi opublikowanej w „Techstach”.

The Challenges of Born-Digital Fiction jest dostępna właściwie w trzech formach: jednej drukowanej oraz dwóch elektronicznych, jako ebook i jako multimedialny przewodnik opublikowany na platformie Scalar.

Adres biblionetograficzny: Grigar Dene, Pisarski Mariusz, 2024, The Challenges of Born-Digital Fiction: Editions, Translations, and Emulations, Cambridge University Press. https://doi.org/10.1017/9781009181488 (2024-03-17).

Czytaj więcej…

Zotero 7 Update

Najnowszy update Zotero, czyli wersja programu oznaczona numerem 7, to doprawdy wielka nowość, mimo że zakres wprowadzonych zmian nie jest t...

Możesz przeczytać jeszcze…