03 czerwca 2021

Kontrowersyjność i problematyczność terminu literatury elektronicznej

Termin literatury elektronicznej jest kontrowersyjny i problematyczny [S. Rettberg 2012, 2014c*: 169, 2019: 3] – podobnie jak definicja pojęcia literatury elektronicznej.

Jest to spowodowane głównie:

a) trudnością w zdefiniowaniu podstawowych aspektów literatury elektronicznej, czyli literackości i elektroniczności (cyfrowości),

b) dynamicznym charakterem rozwoju zarówno samej literatury elektronicznej, jak i związanych z nią nowych technologii (zwłaszcza tych rozwijanych zgodnie z zasadą innowacyjności dysraptywnej), czyli zmieniających i rozszerzających się granic obszaru naukowego i przedmiotu badawczego,

c) wynikającym z tego brakiem konsensusu naukowego.

W związku z tym jakiekolwiek przyjęcie arbitralnej i wyczerpującej definicji  – w tym również typologii czy genologii – wiąże się z ryzykiem terminowości i brakiem pewności co do uniwersalności, a więc jest obciążone koniecznością każdorazowej rekapitulacji dotychczasowych ustaleń oraz odnoszenia się tylko do aktualnie rozpoznanego stanu rzeczy, przy założeniu możliwych redefinicji i rekonstrukcji dokonywanych w przyszłości [por. Tabbi 2007; S. Rettberg 2015c: 2-3; 2019: 4; Bodzioch-Bryła 2019: 21; Winiecka 2020: 6].

Nie oznacza to jednak braku potrzeby definiowania pojęcia literatury elektronicznej i wyznaczania jej podstawowych charakterystyk. Należy pamiętać o dotychczasowych ustaleniach i przyjąć definicję jak najbardziej adekwatną do aktualnego stanu wiedzy, jako odniesienie do prowadzonych badań i przedstawianych rozważań na ten temat.

Scott Rettberg w książce Electronic Literature, wydanej w 2019 roku, nie definiuje pojęcia literatury elektronicznej, choć przywołuje dotychczasową dyskusję na ten temat [S. Rettberg 2019: 3-6]. Pomimo tego, że ta publikacja jest raczej przeglądem dotychczasowych form literatury elektronicznej niż teoretyczną rozprawą na temat istoty i charakteru tego rodzaju literatury [S. Rettberg 2019: 3], stanowi jednak znaczący gest, pokazujący, jak problematycznym, a tym samym niekoniecznym działaniem jest ścisłe i ostateczne definiowanie tak płynnego – czy też ruchomego [S. Rettberg 2010: 93] – pojęcia jakim jest literatura elektroniczna czy literatura cyfrowa.

___

* Przypisy pochodzą z większej całości, obejmującej więcej źródeł, ponadto nie zostały zmienione, dlatego oznaczenia w przypisach odnoszą się do całej biblionetografii, nie do prezentowanego wyboru. W związku z tym pojawiające się oznaczenia literowe nie mają większego znaczenia (lub mają mniejsze znaczenie) w niniejszym zestawieniu.

Biblionetografia

Bodzioch-Bryła Bogusława,  2019, Sploty: przepływy, architek(s)tury, hybrydy: polska e-poezja w dobie procesualności i konwergencji, Kraków: Wydawnictwo Naukowe Akademii Ignatianum, Wydawnictwo WAM.

Rettberg Scott, 2012, Developing an Identity for the Field of Electronic Literature: Reflections on the Electronic Literature Organization Archives, „Dichtung Digital”, http://www.dichtung-digital.org/2012/41/rettberg/rettberg.htm (2.04.2019).

———, 2014c, Electronic Literature, [w:] The Johns Hopkins Guide to Digital Media, Marie-Laure Ryan, Lori Emerson, Benjamin J. Robertson (red.), s. 169–174, Baltimore: Johns Hopkins University Press.

———, 2015c, Introduction: The End(s) of Electronic Literature, [w:] ELO 2015: The End(s) of Electronic Literature. Conference Program and Festival Catalog, s. 1–5, Bergen: Electronic Literature as a Model of Creativity and Innovation in Practice.

———, 2019, Electronic literature, Cambridge, UK ; Medford, MA, USA: Polity Press.

Tabbi Joseph, 2007, Toward a Semantic Literary Web: Setting a Direction for the Electronic Literature Organization’s Directory, https://eliterature.org/pad/slw.html (26.10.2020).

Winiecka Elżbieta, 2020, Poszerzanie pola literackiego: studia o literackości w internecie, Kraków: Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas.

14 stycznia 2021

Elitarność pierwszych projektów internetowych i techno-elityzm

J. R. Carpenter w artykule Writing on the Cusp of Becoming Something Else, znajdującym się w książce Whose Book is it Anyway? A View from Elsewhere on Publishing, Copyright and Creativity, wydanej w 2019 roku pod redakcją Janis Jefferies i Sarah Kembe pisze o swoim utworze z 1995 roku Fishes and Flying Things.

Autorka wspomina, że podczas stażu naukowego w The Banff Centre for the Arts w Kanadzie chciała stworzyć drukowaną książkę, która opowiadałaby historię bez końca (circular story), jednak współpracujący z nią artyści zasugerowali jej odejście od kodeksowej formy oraz stworzenie strony internetowej i wykorzystanie w tym celu języka HTML. Dzięki hipertekstowej strukturze narracji jej opowieść nie miałaby końca – zapętlałaby się i cyrkulowała wciąż na nowo.

W efekcie powstał webowy utwór (web-based work) zatytułowany Fishes and Flying Things. Carpenter dodaje jednak, że po powrocie ze stażu do Montrealu przyjaciele powiedzieli, że projekt jest elitarny, ponieważ wiele osób nie ma do niego dostępu, a Internet tego nigdy nie zmieni. Oczywiście rzeczywistość okazała się inna, co zresztą Carpenter zaznacza, pisząc, że Internet z miejsca zastrzeżonego i drapieżnego stał się miejscem znacznie bardziej dostępnym, zwłaszcza jeśli chodzi o praktyki twórcze.

Dzięki temu utwór Carpenter jest dostępny do dziś w sieci i spokojnie można go przeczytać.

Inną ciekawą rzeczą jest to, że Carpenter w eseju z 1997 roku, zatytułowanym A Little Talk About Reproduction pisze o elitarności czy też techno-elityzmie (techno-elitism) w odniesieniu do rozwijającej się na początku lat 90. ubiegłego wieku sieci internetowej.

Można więc uznać, że pierwsze projekty internetowe miały charakter elitarny, to znaczy dostępny tylko dla nielicznej grupy ludzi, nie tylko posiadającej dostęp do komputera czy sieci internetowej, ale również potrafiącej poruszać się po sieci i korzystać ze stron internetowych.



Post ukazał się pierwotnie 16 marca 2019 roku w ElektroLiterze. Poniżej umieszczam oryginalny post.

Czytam artykuł J.R. Carpenter Writing on the Cusp of Becoming Something Else, znajdujący się w świeżo wydanej książce Whose Book is it Anyway? A View from Elsewhere on Publishing, Copyright and Creativity pod redakcją Janis Jefferies i Sarah Kembe.

Cała książka poświęcona jest tematyce praw autorskich i publikowaniu tekstów, a artykuł Carpenter dotyka m.in. problematyki praktyk twórczych, wykorzystujących już istniejące teksty i źródła.

Przy tej okazji pomyślałem, że podrzucę informację na temat utworu Carpenter, o którym wspomina, zwłaszcza, że dotyczy to utworu jej autorstwa z 1995 roku i podaje przy tym ciekawą informację dotyczącą elitarności utworów cyfrowych tego czasu.

Autorka wspomina, że gdy była na stażu naukowym w The Banff Centre for the Arts w Kanadzie w 1995 roku, chciała stworzyć drukowaną książkę, która opowiadałaby historię na okrągło (circular story), a więc taką, która z założenia nigdy się nie kończy.

Carpenter jednak przyznaje, co oczywiste, że kodeksowa forma książki działa tak, że czytelnik docierając do końca książki, kończy też lekturę. Wtedy artyści pracujący w studiu obok zasugerowali Carpenter użycie języka HTML, czyli stworzenie swojego projektu w formie strony internetowej, której ostatnia część mogłaby prowadzić do pierwszej i dzięki temu lektura nie miałaby końca - zapętlałaby się i cyrkulowałaby wciąż na nowo.

Tak powstał webowy utwór (web-based work) zatytułowany Fishes and Flying Things. Carpenter jednak wspomina, że po powrocie ze stażu do Montrealu jej przyjaciele powiedzieli, że ten projekt jest elitarny, ponieważ wiele osób nie ma do niego dostępu, a Internet tego nigdy nie zmieni.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Co zresztą Carpenter zaznacza, pisząc, że Internet z miejsca zastrzeżonego i drapieżnego stał się miejscem znacznie bardziej dostępnym, zwłaszcza jeśli chodzi o praktyki twórcze.

23 maja 2020

Popularyzatorzy czytelnictwa i antyszczepionkowcy. Co mają wspólnego?

Rano zadałem sobie dziwne pytanie: co mają wspólnego popularyzatorzy czytelnictwa i antyszczepionkowcy? Pozwólcie, że potraktuję to pytanie jako wabik i na nie (jeszcze) nie odpowiem... Tymczasem przybywam z zupełnie czym innym.

Co prawda wiele z rozpoznań tak zwanej starej socjologii literatury współcześnie się kwestionuje lub uzupełnia o nowe myśli, to jednak dość często mam wrażenie, że spora część ówczesnych refleksji jest uniwersalna i da się przyłożyć do aktualnej sytuacji literatury czy jej obiegu.

Miałem tak właśnie po przeczytaniu jednego z cytatów z Roberta Escarpita, który pisał, że „edytorstwo literackie usiłuje pozyskać czytelnika literatury drogą motywacji nieliterackich, takich jak nawyki, snobizm, ostentacyjna konsumpcja, poczucie winy kulturowej albo subtelne wykorzystanie wspomnianej strefy pozajęzykowej, marginalnej strefy struktur ukrytych, w której działają między innymi przymusy społeczne, wytwarzające u czytelnika potrzebę uśmierzenia na pół świadomych obsesji, statystycznie uchwytnych zagrożeń, jak choroba, niepewność zatrudnienia, problemy współżycia z partnerem, lęk przed wojną itd.” (tłumaczenie Janusza Lalewicza).

Nie wiem, jak Wam, mnie się to skojarzyło z niegdysiejszymi, dziś chyba już nieco słabszymi, akcjami promującymi czytelnictwo, osadzonymi na przekonaniu, że jeśli nie czytasz, to... (tutaj można wstawić dowolny negatywny skutek nieczytania). Inną, równie ciekawą kwestią, jest wykluczający, elitarystyczny czy nawet dyskryminacyjny charakter niektórych działań mających na celu zachęcenie do czytania.

Uważam, że zamiast zastanawiać się, dlaczego ludzie nie czytają lub nie czytają w zadowalającym (pytanie brzmi: zadowalającym kogo? – wydawców? bibliotekarzy? księgarzy? nauczycieli?) stopniu, lepiej byłoby zastanowić się, dlaczego akcje czy wydarzenia popularyzujące czytelnictwo, tak liczne zresztą, zwłaszcza kiedyś, nie odnoszą spektakularnego skutku. A może jest zupełnie inaczej i zatrważający co poniektórych stan czytelnictwa w naszym kraju nie jest aż tak słaby jak się powszechnie sądzi?

13 maja 2020

Pierwszy komputer w życiu

Mój (a właściwie mojego starszego brata) pierwszy komputer, komputer stacjonarny był tak zwanym składakiem, miał dysk twardy o pojemności ok. 4 GB, Windows 98 i bardzo głośny wentylator. Pamiętam podniecenie, jakie mi towarzyszyło, kiedy pojawił się w domu. Nie mogłem wtedy zasnąć z wrażenia.

Najbardziej lubiłem grać w Fifę 98 i demo Stronghold Crusader (jakoś wystarczała mi jedna mapa z jednym słabym przeciwnikiem). Czasem zdejmowałem obudowę, by zobaczyć jak wygląda płyta główna i kości pamięci RAM. Kiedyś z kolegami marzyliśmy, by samodzielnie złożyć komputer z części znajdywanych na skupach ze sprzętem elektronicznym.

Wiem, czym są dyskietki, niebieskie ekrany śmierci, co oznacza ból porysowanej płyty CD, z której już nie da się nic zainstalować oraz nieskończenie ładujący się pasek postępu instalacji... Z rozrzewnieniem wspominam ekran pożegnalny "Teraz możesz bezpiecznie wyłączyć komputer".


Internet w moim domu pojawił się trochę później. Wtedy już korzystaliśmy z niezniszczalnego laptopa IBM, z niezapomnianym Windowsem XP. Dzięki sieci poznałem wiele wartościowych filmów i przesłuchałem niezliczone godziny muzyki, o której nawet nie miałem pojęcia (ambient i fingerstyle są ze mną do dziś). Nie pamiętam, czy grałem wtedy w jakieś gry komputerowe. Pewnie tak. Choć chyba bardziej wolałem buszować po sieci, blogować o głupotach i mądrować się po różnych forach.

Dziś znacznie większą moc obliczeniową i wydajność niż dwa powyżej opisane komputery ma smartfon, który mogę schować do kieszeni. Niesamowite... Tak bardzo, że aż brakuje mi puenty. Może więc niech będzie nią to, że obecnie mogę korzystać z trzech laptopów, z trzeba różnymi systemami (MacOSem, Windowsem i Linuksem), próbując różnych rzeczy, interesując się ostatnio coraz bardziej automatyzacją pracy i skuteczniejszym zarządzaniem treści.

Szkoda, że idea Xanadu nie została w pełni zrealizowana, a dla niektórych szczytem osiągnieć pracy z tekstem cyfrowym są skróty klawiszowe Ctrl+C i Ctrl+V. No, może czasem jeszcze Ctrl+F...

A jakie są Wasze pierwsze doświadczenia z komputerami?

29 kwietnia 2020

Stan czytelnictwa w Polsce w 2019 roku. Dlaczego nie do końca lubię raportu Biblioteki Narodowej?

 W zeszłym tygodniu ukazał się raport Biblioteki Narodowej ze wstępnymi wynikami ze stanu czytelnictwa w Polsce w 2019 roku. Przyznaję, chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle o tym wspominać. Trochę się wahałem, ale ostatecznie stwierdziłem, że napiszę, tylko krótko.

Zatem co wiemy a czego nie wiemy ze wstępnego raportu BN? Podejrzewam, że większość komentujących skupi się na wyniku, czyli 39% i haśle „lekki wzrost poziomu czytelnictwa”. Mnie jednak interesuje coś innego.

Po pierwsze: wiemy, że to badanie socjologiczne, którego głównym celem było zanalizowanie praktyk czytania. Co ciekawe, praktyk, które pomimo ujęcia w badaniu elektronicznych form tekstu (ebooki, audiobooki), odnoszą się w głównej mierze do kultury druku. Można więc spierać się o to, co rzeczywiście jest przedmiotem badań.

Po drugie: wyniki pokazują deklaracje czytelnicze, a nie realne czytelnictwo. Wystarczy, że ktoś w ciągu ostatnich 12 miesięcy przeglądał książkę, to przy deklaracji kontaktu z książką znajduje się już w grupie „czytającej”, czyli w tej samej, w której ktoś inny już czytał książkę (ale czy przeczytał?)

Po trzecie: wiemy, że dominujące rozumienie pojęcia „książki” wśród badanych odnosi się do literatury pięknej. Mimo że badanie obejmuje także np. publikacje naukowe czy teksty użytkowe, to zastanawiające jest, jak osoby badane rozumieją książkę? Jaką definicją książki się posługują?

Mój wniosek jest następujący: raport Biblioteki Narodowej nie dotyczy czytelnictwa, tylko deklaracji czytelniczej odnoszącej się do książki, rozumianej zapewne jako zwarta publikacja, głównie beletrystyczna. Zatem wynik 39% dotyczy osób, które deklarują, że czytały lub nie czytały książki w zeszłym roku. W związku z tym osoba, która nie czyta książek, tylko prasę branżową, strony internetowe, publikacje nie w formie zwartej, czy to drukowane czy cyfrowe, nie do końca wie, czy zaliczyć się do takiej grupy. Mnie raport BN niewiele mówi, to znaczy mówi, ale zupełnie w innym zakresie, niż się chce to powszechnie ujmować.

Dlatego podchodzę do tego z rezerwą, a wszelkie głosy narzekające na poziom czytelnictwa, że niski, lub cieszące się, że jednak lepszy niż poprzednio, traktuję jako głosy osób, które nie zgłębiły zagadnienia. Tym samym jestem ciekaw Waszego zdania. Najwyżej okaże się, że wsadziłem kij w mrowisko.

14 kwietnia 2020

Ian MacLarty, If We Were Allowed To Visit

If We Were Allowed To Visit to tekst trójwymiarowy (3D poem), wykorzystujący mechanikę pierwszoosobowej gry, w której poruszamy się postacią po wygenerowanym świecie.

Zrenderowana przez Iana MacLarty'ego antologia wierszy Gemmy Mahadeo przechodzi więc z dwuwymiarowej płaszczyzny do trójwymiarowej rzeczywistości, w której obiekty są tworzone z liter, wyrazów i sekwencji znaków.




Poruszamy się więc po przestrzeni, której granice wyznacza tekst. Mamy tu więc do czynienia z ciekawą formą tekstury, której zwiedzanie zapewnia nam odczytywanie kolejnych porcji wierszy. Czytamy więc nie tyle tekst, ile świat, czy też raczej tekst poprzez świat.



Nawigując po zastanej przestrzeni, w której dostrzegamy dom, w domu pianino (umożliwiające wydobywanie pojedynczych dźwięków), roślinę, a na zewnątrz drzewa, kota, obłoki kurzu czy kłęby uschłej roślinności, poznajemy również świat tekstu.



Na początku być może trudno złapać orientację, jednak z czasem jest coraz lepiej i już można spokojnie zwiedzać każdy możliwy kąt. Nawigacja jest prosta: klawiatura (klawisze W, A, S, D) oraz mysz. Bardzo ciekawe doświadczenie.



Ian MacLarty, If We Were Allowed To Visit

13 kwietnia 2020

Co łączy literaturę eksperymentalną, grę Minecraft i kwarantannę?

Wiecie co łączy literaturę eksperymentalną, grę Minecraft i kwarantannę? Sześcian. Ponadto jeszcze moja osoba.

Pewnie pamiętacie, jak wspominałem o stosie książek do przejrzenia „w przyszłości”. Minęło sporo czasu i zastanawiam się, dlaczego nie mogłem zmotywować się do tego stosu wcześniej. Teraz jednak sądzę, że akurat książka „Stilleben” Jakuba Woynarowskiego i Jana K. Argasińskiego czekała na odpowiedni moment.

Zamknięci w kubaturze swoich mieszkań pewnie trochę inaczej myślimy o sobie i otoczeniu. Zmienia się optyka. Zaczynają pojawiać się nowe nawyki, a może nawet ciekawe obserwacje. Ja na przykład zauważyłem, że mam nadwyrężone poczucie czasu, przez co trudno mi zabrać się do czynności, które nie wymagają wiele czasu, a z kolei łatwo wpaść w te, które go wręcz pochłaniają.

I tak ponad tydzień temu wszedłem w klockową rzeczywistość Minecrafta. Trochę z ciekawości, trochę dla rozrywki, której nie dawały mi już dotychczasowe formy, z jakich korzystałem. No i tak sobie powoli buduję świat z sześcianów. Piszę o tym dlatego, że wziąwszy dziś do ręki książkę „Stilleben” i przeczytawszy, w jakiej przestrzeni się „rozgrywa”, zaczęło mi się to wszystko łączyć. I tym łącznikiem jest właśnie bryła sześcianu.

W tym miejscu posłużę się fragmentami opisu z książki: „Projekt […] stanowi posthumanistyczną wizualną opowieść o domowym wnętrzu, traktowanym jako nie tyle funkcjonalna »maszyna do mieszkania«, ile raczej niesamowity »gabinet osobliwości«. […] Pojawienie się niebezpieczeństwa w »oswojonej« przestrzeni wskazuje na umowność wyznaczonego przez człowieka terytorium, stanowiącego zarówno azyl, jak i więzienie. […] Również w klaustrofobicznej przestrzeni Stilleben tajemnicza »pramateria« wprawia w ruch obiekty codziennego użytku, w miarę upływu czasu powodując ich spektakularną dekonstrukcję.”

Cóż może być więc bardziej wymownego, niż czytanie Stilleben w czasie kwarantanny, gdy nie można wyjść na zewnątrz, a kreację rzeczywistości można przenieść na ekran komputera do świata gry?

Na koniec tylko napiszę, że niestety Stilleben mogę tylko przekartkować, ponieważ znajduję się w grupie wykluczonej. Niestety nie mam urządzenia z systemem Android i nie mogę pobrać aplikacji, dzięki której wszedłbym w kolejny wymiar lektury. Dlatego też nie za wiele Wam pokażę. Jeśli jednak Wy możecie i macie ochotę, to sprawdźcie szczegóły na stronie: http://stilleben.ubulab.edu.pl/ Książka z kolei jest dostępna w księgarni Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, więc spokojnie można sobie kupić. Polecam.

I choć już właściwie po świętach, to bez względu na wszystko, życzę Wam jak najmniejszej liczby ostrych krawędzi w geometrycznym świecie swoich mieszkań, które w tym czasie niech bardziej będą azylem, niż więzieniem.

26 marca 2020

Specjalny numer magazynu "Techsty"

To jest coś niesamowitego i niespodziewanego, coś, na co nie byłem gotowy. Przyznaję szczerze. Dlatego w tej chwili tylko podrzucę link i skopiuję krótki opis. Sam zapewne zapoznam się z nowym numerem "Techstów" za jakiś czas.

W tym czasie będziecie mogły i mogli sobie na spokojnie przejrzeć numer specjalny "Techstów", numer studencki, jak możemy przeczytać w opisie, numer, który "został zainspirowany pracami studentów i absolwentów kierunków cyfrowych mediów i cyfrowej kultury na uniwersytetach w Krakowie, Łodzi, Warszawie i Katowicach".

Dawno nie było niczego nowego w polskim polu literatury elektronicznej. No to teraz jest.

http://techsty.art.pl/m11/informacje_o_numerze_m11.html

22 marca 2020

Literatura pandemiczna w sieci

 Obecna sytuacja, w jakiej mimowolnie się znaleźliśmy, wymusza na nas nowe zachowania. Jakby nie patrzeć, skutecznie zmienia naszą codzienność, w tym także kulturę. I, co ciekawe, również literaturę.

Z reguły nie zwracam szczególnej uwagi na literaturę, która nie do końca jest elektroniczna, choć powstaje i funkcjonuje w środowisku cyfrowym. Tym razem zrobię wyjątek, ponieważ chcę pokazać bardzo ciekawe - zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji - zjawisko. Chodzi mianowicie o internetowe powieści w odcinkach.

Oczywiście powieści w odcinkach to nic nowego. Myślę, że nawet pisanie na raty i umieszczanie tego w sieci także nie jest niczym nowym, również wśród osób zawodowo zajmujących się pisaniem.

Teraz jednak można zauważyć ciekawy trend, który - w moim przeczuciu - ma służyć przede wszystkim dwóm celom: po pierwsze, zajmować czas i uwagę osobom pozostającym w domu, czyli właściwie większości z nas, po drugie, pokazaniu, że współczesny pisarz nie jest zamknięty w swoim gabinecie przy tajemniczym skryptorium, a sam proces pisania może odbywać się spontanicznie, reakcyjnie, tu i teraz. I osiągnięciu tych celów służyć mają właśnie media społecznościowe.

I o ile możemy dyskutować o tym, czy publikowanie odcinków powieści na przykład na Facebooku to literatura elektroniczna czy nie, o tyle chyba zgodzimy się co do tego, że w obecnej sytuacji to wyjątkowa i interesująca sprawa.

Po pierwsze, tekst literacki - co oczywiste - pojawia się w nowym kontekście. Po drugie, jego dystrybucji służy nowy-nienowy kanał komunikacyjny. Po trzecie, z równie oczywistych względów, sytuacja komunikacji literackiej przyjmuje inną formę. Pytanie tylko, czy instytucją konsekrującą w tym przypadku jest publiczność literacka, a narzędziem wartościowania liczba reakcji pod określonym odcinkiem-postem?

Nie będę sprawy roztrząsał teoretycznie, ponieważ piszę to chyba równie spontanicznie, co autorzy powieści, o których zaraz wspomnę. Chciałem tylko zwrócić uwagę na ciekawe zjawisko i może Was nieco sprowokować do dyskusji. Może algorytmy Facebooka będą łaskawsze i w tym gęstym strumieniu, którzy przetacza się teraz przez Wasze newsfeedy, znajdzie się miejsce również na ten post.

Wszystko zaczęło się - jeśli dobrze sprawdziłem - od Wojciecha, który na swoim facebookowym profilu 13 marca zapowiedział, że będzie udostępniał kolejne fragmenty pisanej na gorąco powieści. Później pojawiły się koleje osoby, jak chociażby Grzegorz Kalinowski z powieścią "Kwarantanna" czy Jakub Ćwiek. Co równie ciekawe - a o tym dowiedziałem się jako pierwszym - Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski tworzą wspólnie humorystyczną opowieść „Na zarazę Zarazek”, która jest dodatkowo określona jako improwizowana. Poszczególne odcinki są publikowane na specjalnie stworzonej stronie internetowej: nazarazezarazek.pl

Przyznacie więc, że jest to ciekawa forma aktywności pisarskiej w sieci. Obecnie więc w grę wchodzą nie tylko spotkania autorskie czy lektury tekstów transmitowane na żywo ale również pisanie ad hoc. Dajcie znać w komentarzach, co o tym myślicie?

Czytaj więcej…

Zotero 7 Update

Najnowszy update Zotero, czyli wersja programu oznaczona numerem 7, to doprawdy wielka nowość, mimo że zakres wprowadzonych zmian nie jest t...

Możesz przeczytać jeszcze…